Piotr Francuz

 

Rozumienie pojęcia wiedzy na gruncie psychologii poznawczej1

 

 

Pisząc tekst na zadany temat zazwyczaj konstruuje się go w spójnej formie ciągu logicznie powiązanych zadań twierdzących. Tylko od czasu do czasu wtrąca się jakieś retoryczne pytanie, które w zamyśle autora ma pobudzić czytelnika do myślenia lub zasugerować, że jego wiedza bynajmniej nie jest absolutna. Zdania twierdzące mają w sobie magiczną moc utwierdzania odbiorcy w przekonaniu, że jest dokładnie tak, jak one głoszą. Że są wyrazem wiedzy zobiektywizowanej, pewnej, której można zaufać, czyli wiarygodnej. To na tej relacji Arystoteles zbudował przecież definicję prawdy o rzeczy, zawartej w sądzie.

 

Zastanawiając się nad tym, jaką wiedzą dysponuje współczesna psychologia na temat wiedzy, rozumianej jako zjawisko umysłowe, dochodzę do wniosku, że bardziej przypomina ona XV-wieczną mapę świata niż tę dostępną choćby za pomocą przeglądarki internetowej Google. Wiele na niej białych plam i zniekształceń, a co gorsza nawet o tych miejscach, które są już rozpoznane, nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że w rzeczywistości są właśnie takie, jak je na mapie oglądamy. W rezultacie wykład kognitywisty na temat wiedzy należałoby raczej zamknąć w postaci listy pytań, z których na większość najprawdopodobniej i tak nigdy nie znajdziemy ostatecznych odpowiedzi.

 

Cóż bowiem znaczy „wiedzieć"? Czy jeśli powiem, że „15 lipca 1410 roku Władysław Jagiełło pokonał Krzyżaków pod Grunwaldem", to znaczy, że wiem, że 15 lipca 1410 roku, stojąc na czele wojsk polskich i litewskich, król Polski Władysław Jagiełło pokonał armię zakonu Krzyżaków pod wsią Grunwald na Warmii? A jeśli sądzę, że Władysław Jagiełło nie był królem, lecz cukiernikiem, krzyżacy najbardziej kojarzą mi się z gatunkiem pająków, zaś słowo „grunwald" oznacza np. beczkę na mąkę? Zdanie nadal ma sens, ale czy głosi ono prawdę o rzeczy. Czy jest ono wyrazem wiedzy, czy niewiedzy tego, kto je głosi? A może prawda nie jest warunkiem wiedzy? Być może należałoby powiedzieć, że czym innym jest moja lub twoja wiedza, a czym innym wiedza zbiorowa, która wyznacza standardy (w tym również prawdy) dla wiedzy każdego z nas. Nośnikiem wiedzy zbiorowej byłyby zatem tylko te zdania, których sens przyjmujemy przez aklamację, zaś wszystkie inne musielibyśmy uznać za wyraz ignorancji, czyli niewiedzy. Ale jeśli tak, to czy możliwe byłoby jakiekolwiek odkrycie, np. w nauce? Musielibyśmy zgodzić się, że dochodząc do ostatecznego sformułowania teorii heliocentrycznej, Kopernik po prostu bredził, a Galileusza słusznie spalono we imię troski o zachowanie wiedzy prawdziwej!


Sprawa jest niezwykle skomplikowana. Czy psychologia dostarcza jednak jakichś twardszych punktów, na których można by się oprzeć, usiłując zrozumieć, czym jest ludzka wiedza? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie warto, jak sądzę, zacząć od próby ustalenia, co stanowi niekwestionowalną jej podstawę? Gdzie jest jej źródło? Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl psychologowi w odpowiedzi na te pytania, jest słowo „pamięć". Trudno wyobrazić sobie, żeby ktokolwiek coś wiedział, nie mając dostępu do własnej pamięci, zwłaszcza tzw. pamięci długotrwałej. Niezależnie od tego, czy w zdaniu dotyczącym bitwy pod Grunwaldem słowo „krzyżak" używam na oznaczenie rycerza, czy pająka, to ostatecznie znaczenie tego słowa, czyli jego pojęcie, jest wyznaczone przez ilość i rodzaj skojarzeń z innymi dostępnymi w pamięci słowami i odpowiadającymi im pojęciami. Słowo, które nie budzi żadnych skojarzeń z informacjami zapisanymi w pamięci, jest pozbawione znaczenia, a tym samym nie jest nośnikiem wiedzy. Żeby powiedzieć lub pomyśleć, iż wiem coś na jakiś temat, muszę dysponować zapisem pamięciowym dotyczącym tego tematu. Ów zapis niekoniecznie musi zawierać informację dokładnie o tym, o czym myślę lub mówię, ale musi się z nim jakoś łączyć. Na przykład powiedzenie „15 lipca 1410 roku" ma sens, czyli zawiera wiedzę na temat dziennej daty, tylko wtedy, gdy w pamięci mamy już zapisana inną wiedzę na temat zasady kodyfikacji czasu w formie kalendarza, której podana data jest egzemplifikacją.

 

Obecnie większość psychologów zgadza się co do tego, że optymalnym modelem pamięci człowieka jest sieć. Jej węzłom odpowiadają konkretne informacje, zaś ich połączenia określają relacje między nimi. Tak zorganizowana struktura bynajmniej nie jest statyczna. Przeciwnie, w wyniku procesów uczenia się i zapominania zmienia się nie tylko liczba węzłów, czyli informacji, ale przede wszystkim zmieniają się połączenia między nimi: jedne powstają, tworząc nowe asocjacje między informacjami, inne zanikają, a jeszcze inne albo się utrwalają, albo słabną. Pamięć, a zatem i wiedza, jest więc strukturą dynamiczną, nieustannie podlegającą większym lub mniejszym modyfikacjom pod wpływem nowych doświadczeń. Na zakres i trwałość przekształceń zapisów pamięciowych w znacznym stopniu wpływają dwa ważne mechanizmy psychiczne: świadomość i emocje.

 

W ciągu pierwszych kilkunastu miesięcy życia pamięć człowieka rozwija się niezwykle dynamicznie, choć niemal całkowicie poza kontrolą świadomości. W mózgu, będącym hardware'ową podstawą pamięci, każdego dnia powstają miliony nowych połączeń neuronalnych. Głównie kodują one doznania sensoryczne, a zwłaszcza ruchowe. Wiedza człowieka w tym okresie ogranicza się zatem do możliwości zrobienia czegoś z własnym ciałem wobec napotkanej przeszkody lub w reakcji na zachętę zbliżenia się do kogoś lub czegoś. Pierwsze, niezwykle trwałe zapisy pamięciowe dotyczą procedur, czynności lub działań i dlatego też ten rodzaj pamięci psychologowie nazywają pamięcią proceduralną. To właśnie dzięki niej przez całe życie nabywamy i wykonujemy tysiące czynności, począwszy od chodzenia, przez umiejętności zachowania się przy stole, a na strategiach rozwiązywania problemów logistycznych lub matematycznych kończąc. Krótko mówiąc, pamięć proceduralna stanowi podstawę tego, co na ogół rozumiemy pod pojęciem wiedzy praktycznej. Jest ona zawarta w procedurach. Najczęściej nabywamy ją nieświadomie, poprzez obserwację i naśladowanie innych ludzi oraz wielokrotne powtarzanie podobnych czynności. Nawet jeśli jest wzbogacana w sposób świadomy, np. w wyniku uczenia się skomplikowanej czynności motorycznej - szybko ulega automatyzacji i nie możemy jej w pełni świadomie kontrolować. Wadliwie zaprogramowana w wyniku negatywnych emocjonalnie doświadczeń psychicznych lub jako rezultat bezpośredniego zaburzenia pracy mózgu może być przyczyną wielu trudności, od błędów ortograficznych poczynając, a na chorobach psychicznych kończąc.

 

Ważną cechą pamięci proceduralnej jest to, że jej zapisy niełatwo poddają się opisom werbalnym, czyli za pomocą języka. Jest to wiedza, którą najłatwiej można przekazać w formie prezentacji wykonania określonej czynności manualnej lub procedury, np. obliczeniowej, gdy rzecz dotyczy rozwiązywania zadania z fizyki. Procedury można oczywiście opisywać za pomocą języka etnicznego, a jeszcze lepiej - formalnego, ale do wykonania jakiejkolwiek czynności, np. kierowania samochodem, nie jest to niezbędne. Nie potrzebujemy stale przypominać sobie, że to, na czym właśnie trzymamy ręce, nazywa się kierownicą, a obracając nią możemy zmienić kierunek jazdy. Po prostu kręcimy nią i jedziemy. Skoro jednak pamięć proceduralna nie przechowuje językowych etykiet własności obiektów będących podmiotem lub przedmiotem czynności, a także samych aktywności, wobec tego należy przyjąć, że istnieje jeszcze inny moduł pamięci, który zajmuje się magazynowaniem tego typu wiedzy o świecie. Psychologowie nazywają go pamięcią deklaratywną, zaś jej podstawowym podsystemem jest tzw. pamięć semantyczna.

 

Pierwsze ślady zapisów semantycznych w pamięci deklaratywnej pojawiają się wtedy, gdy pamięć proceduralna jest już nieźle wykształcona, czyli około pierwszego roku życia. Ogromny wpływ na jej rozwój mają ludzie z najbliższego otoczenia dziecka, którzy niemal od urodzenia usiłują mu coś wytłumaczyć za pomocą dźwięków emitowanych przez jeden z otworów w czaszce. To te dźwięki kojarzone ze wskazywanymi obiektami i czynnościami stanowią podstawę systemu pojęciowego, zaś sposób, w jaki są one wydawane, a zwłaszcza ich porządek, kształtuje podstawy gramatyki języka etnicznego. Z biegiem czasu dorastające dziecko coraz chętniej sprawozdaje innym ludziom stan swoich semantycznych zasobów pamięciowych, które w odróżnieniu od wiedzy praktycznej nazywamy teoretyczną lub krótko - wiedzą. Częstość i rodzaj skojarzeń, najpierw obiektów i czynności z dźwiękami, następnie już samych tylko dźwięków, a wreszcie dźwięków i ich graficznej reprezentacji w postaci pisma, ostatecznie zadecydują o tym, jaką wiedzą dysponujemy o świecie.

 

Trwałe zapisywanie informacji w pamięci deklaratywnej wymaga pewnego poziomu świadomości, choć niekoniecznie świadomości siebie. Oczywiście bardzo często odbieramy wiele informacji nieświadomie, ale na ogół trwałość ich pamięciowego zapisu jest niewielka. To, co nazywamy wiedzą, nie tkwi w samej informacji oderwanej od innych, lecz w relacjach między nimi. Aby informacja została względnie trwale włączona do systemu wiedzy człowieka, musi być intencjonalnie dołączona do jakiegoś fragmentu sieci i właśnie po to m.in. potrzebna jest świadomość.

 

Małe dziecko początkowo nabywa pojęcia obiektów, konkretnych przedmiotów ze swojego najbliższego otoczenia, a dopiero nieco później pojęcia dotyczące czynności. Dzieje się tak dlatego, że nie dysponując pojęciami czynności, i tak może je wykonywać, a z kolei nie dysponując pojęciami obiektów, nie może komunikować się werbalnie z najbliższymi za pomocą języka. Ten naturalny porządek rozwojowy sprawia, że pojęcie czasu, które jest rdzeniem wszystkich pojęć dotyczących czynności, wprowadzamy do naszej wiedzy wtedy, gdy zasoby deklaratywnej pamięci semantycznej są już dość bogate. Kiedy już rozpoznajemy i umiemy nazywać wiele przedmiotów, wówczas odkrywamy, że za każdym razem, kiedy mamy z nimi kontakt, jawią się nam trochę inaczej, zmieniają swoje położenie i orientację w przestrzeni, tracą lub nabywają nowe własności, wreszcie bywa, że bezpowrotnie znikają z naszego pola wiedzenia. Wszystkie te zmiany są związane z pojęciem czasu. Odkrycie tej kategorii stanowi podstawę kodowania wiedzy w formie narracji, czyli opowiadań.

 

Zapamiętywanie obiektów umieszczanych na linii czasu jest na tyle specyficzne, że wymaga odrębnego podsystemu w ramach modułów pamięci deklaratywnej. Psychologowie nazywają go pamięcią epizodyczną. Refleksja nad tym, co stanowi najczęstszy przedmiot ludzkich rozmów, ujawnia, że są nimi właśnie opowiadania o wydarzeniach własnych lub innych ludzi. Niektórzy badacze schematów narracyjnych twierdzą nawet, że umysł człowieka jest najlepiej wytrenowany w gromadzeniu wiedzy o świecie w postaci opowiadań, a nie np. w formie syntetycznych teorii naukowych. Te ostatnie, być może nawet ważne dla praktyki dnia codziennego, bynajmniej nie stanowią jednak trzonu ludzkiej wiedzy. A jeśli już z jakiś powodów nie można ich odrzucić, np. ze względu na konieczność edukacji szkolnej, to są one akceptowane przede wszystkim w takim zakresie, w jakim, wysycone pozytywnymi emocjami, stanowią odległe echo wydarzeń (epizodów) przypominających ekscytującą wyprawę w poszukiwaniu skarbów.

 

Badając tajniki ludzkiej pamięci - nośnika wiedzy o świecie - nie można pominąć jeszcze jednego, bodaj najważniejszego odkrycia, które zdaje się stawia człowieka ponad wszystkimi innymi istotami żywymi na ziemi. Jest to odkrycie... samego siebie, faktu, że się jest. Około trzeciego roku życia ze zdumieniem stwierdzamy, że to my jesteśmy podmiotami własnych czynności, że jesteśmy odrębni od wszystkiego tego, co nie jest nami. Odkrywamy również, że mamy swoją historię i że pomimo nieustannych zmian jest w nas coś stałego. Coś, co sprawia, że stale czujemy się tożsami. To doświadczenie radykalnie zmienia nasze widzenie świata, w którym żyjemy. Sprawy dotyczące „ja" i „nie-ja" zaczynają być inaczej wartościowane. Te dotyczące mnie na ogół są oczywiście ważniejsze, niż sprawy świata. W tym okresie rozwojowym zaczynają się również kształtować nasze przekonania dotyczące rzeczywistości, a właściwie wiedzy, jaką dysponujemy na jej temat. Dotąd piłka była po prostu piłką, a lalka - lalką. Teraz tę lalkę lubię bardziej niż tamtą, jest zgrabniejsza, mądrzejsza i lepiej mnie rozumie - po prostu, dlatego że jest moja. Te pierwsze zapisy zaczynają wypełniać kolejny podsystem pamięci deklaratywnej, tzw. pamięć autobiograficzną. Gromadzi ona dane na temat aktywności „Ja", czyli wyjątkowego obiektu semantycznego będącego w opozycji do wszystkich innych obiektów w świecie. Nawet czas, w jakim porusza się „Ja", może być inny, niż linia czasu, na której umieszczone są obiekty poza mną.

 

Odkrycie siebie ma doniosłe znaczenie dla całego życia człowieka i jego wiedzy o świecie. Bez niego bylibyśmy jak warzywo, ale z nim też nie zawsze jest lekko. Ma ono zasadniczy wpływ na nasze wartościowanie zjawisk zachodzących w świecie, dokładniej mówiąc, na wartościowanie wiedzy, jaką na temat tego świata dysponujemy. To „Ja" podbarwia wiedzę wiarą, przekonaniem, oceną, opinią, komentarzem, których źródła nierzadko tkwią głęboko w historii naszego życia. To nie przypadek, że jako naukowcy zajmujemy się tym czy tamtym. Że próbujemy zgłębić jakiś kawałek świata, poszukując (niczym skarbów) odpowiedzi na pytania, na które życie dotąd nie przyniosło nam satysfakcjonujących odpowiedzi. Budujemy teorie i podekscytowani łudzimy się, że są obiektywne, że są niezależne od naszego „widzi mi się".

 

Nic z tego. Tej iluzji uległ nawet naukowiec-ikona, Albert Einstein, który głęboko przekonany o zasadniczym determinizmie zjawisk fizycznych zarówno w skali makro, jak i mikro, ostatecznie przegrał spór z Nielsem Bohrem w sprawie zasady kwantowej nieoznaczoności sformułowanej przez Wernera Heisenberga. Okazuje się, że nie tylko Bóg czasem grywa w kości, ale jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że świat atomów nabiera wyraźniejszych konturów rzeczywistości tylko w obecności obserwatora. To „Ja" dokonujące pomiaru decyduje o stanie materii. Jak zauważa Paul Davis w swojej niezwykle inspirującej książce Bóg i nowa fizyka: „jeśli to wszystko wydaje ci się zbyt oszałamiające i paradoksal­ne, to warto, abyś wiedział, że Einstein zgodziłby się z tobą". Warto w tym miejscu dodać, że z punktu widzenia interesującego nas przedmiotu rozważań, czyli wiedzy - w tym wypadku - wspomnianych fizyków, ich argumentacja miała czysto spekulatywny i intuicyjny charakter, ponieważ empiryczne rozstrzygniecie ich sporu zostało przeprowadzone dopiero w latach 80. XX wieku. W pewnym sensie oni bardziej w coś wierzyli niż to wiedzieli.

 

Na tym nie kończą się oczywiście przykłady paradoksów wiedzy poddanej iluzjom i myśleniu życzeniowemu. Grzegorz Mendel był tak mocno przekonany o słuszności dziedziczenia, że gdy kolejna krzyżówka groszku jadalnego nie ujawniała oczekiwanych własności, wówczas po prostu domalowywał na jego liściach kropki. Z kolei badając aparaturę, jaką dysponował wspomniany już Mikołaj Kopernik, okazuje się, że jej dokładność w zasadzie uniemożliwiała wyciąganie wniosków, które zostały szczegółowo wyłożone w De revolutionibus. Oto wiedza ludzka pod prymatem „Ja" wierzącego w słuszność swojego rozumienia rzeczywistości. I cóż w tym kontekście oznacza kategoria „wiedzy obiektywnej"?

 

Rozważając zagadnienie wiedzy, nie można również pominąć pojęcia niewiedzy. Czy niewiedza to jest brak wiedzy (biała plama), czy też jest to wiedza, ale nieprawdziwa? Skoro możemy pomyśleć lub powiedzieć o czymś, że nie wiemy (np. że nie wiemy, z jaką prędkością porusza się kometa Halleya), to raczej wskazywałoby na niewiedzę rozumianą jako brak informacji. Ale z drugiej strony, jeśli uświadamiamy sobie, iż wiedza, jaką dysponujemy, jest niepełna lub mało wiarygodna, czyż nie będziemy wówczas skłonni powiedzieć, że w gruncie rzeczy nie wiemy? Tak czy inaczej zaskakujące jest to, że zapytani np. o numer telefonu do Białego Domu bez większego zastanowienia odpowiemy, że nie wiemy. Nad odpowiedzią na pytanie, kto był prezydentem Stanów Zjednoczonych przed Ronaldem Reganem zastanowimy się dłużej i niewykluczone, że odpowiemy poprawnie. Natomiast na pytanie o imiona rodziców odpowiemy natychmiast, podobnie jak na pytanie o numer telefonu do Białego Domu, z tym tylko, że w pierwszym wypadku powiemy, że czegoś nie wiemy, a w drugim coś, czego jesteśmy pewni. Różnica w czasach odpowiadania na pytanie o imiona rodziców i o poprzednika Ronalda Regana pokazuje, że dostęp do wiedzy jest stopniowalny. Niektóre informacje są dostępne od razu, by dotrzeć do innych, trzeba poszperać w zasobach pamięci. W jaki jednak sposób umysł ma dostęp do niewiedzy? Gdybym do pytania o numer telefonu do Białego Domu chciał podejść podobnie jak do pytania o poprzednika Ronalda Regana, to na odpowiedź potrzebowałbym całkiem sporo czasu. A tu rzecz ma się dokładnie odwrotnie. Natychmiast wiem, że nie wiem. Czyżbym więc miał w pamięci zakodowane to, czego nie wiem, a nadto czyżby ten rodzaj wiedzy o niewiedzy był mi jakoś szczególnie łatwo dostępny? Obawiam się, że na odpowiedź na to pytanie musimy jeszcze trochę poczekać.

 

Dotąd zajmowałem się zagadnieniem organizacji pamięci, rozumianej jako magazyn wiedzy (a może i niewiedzy). Warto zatem dorzucić kilka zdań dotyczących sposobów jej przechowywania, czyli tzw. kodów umysłowych. Do wiedzy najczęściej mamy dostęp za pomocą języka. Wielu badaczy twierdzi nawet, że język wyznacza granice wiedzy. Bez wątpienia jest on potężnym narzędziem reprezentowania i komunikowania wiedzy zapisanej w pamięci, ale również bez wątpienia nie jedynym. Począwszy od lat 70. XX wieku, w psychologii poznawczej (a obecnie również na gruncie kognitywistyki i neuronauki) toczy się spór o status wyobraźni oraz jej rolę w kształtowaniu wiedzy. Istotą problemu jest brak odpowiedzi na pytanie, czy wyobraźnia, np. wizualna, jest fenomenem, czy epifenomenem umysłowym. Innymi słowy chodzi o to, czy wyobrażenie sobie np. słonia powstaje w wyniku aktywizacji zmagazynowanego w pamięci jego analogowego lub cyfrowego obrazu, czy też jest wynikiem sekwencji operacji umysłowych przeprowadzonych na sądach (propositions) w rodzaju: „jest duży", „ma trąbę", „chodzi powoli" itd., które generują iluzję „umysłowego widzenia". Spór jest więc o to, w jaki sposób informacja dotycząca świata jest kodowana w umyśle. Czy za pomocą jednego kodu (sądy), dwóch (sądy i wyobrażenia zwane inaczej logogenami i imagenami), czy może trzech (sądy, wyobrażenia i modele umysłowe)?

 

Obecnie badacze, a zwłaszcza tzw. neuronaukowcy, skłaniają się coraz bardziej w stronę idei, zgodnie z którą mózg koduje wiedzę za pomocą różnych systemów. Świadczy o tym choćby odrębna lokalizacja struktur mózgowych odpowiedzialnych za rozumienie i posługiwanie się językiem oraz za widzenie i wyobraźnię. Do podobnych wniosków dochodzą także teoretycy zajmujący się problematyką komunikowania wiedzy. Współczesna cywilizacja po prostu zalała nas potężna falą obrazów. Dominujące dotąd w przekazie kulturowym słowo najwyraźniej zostało zdetronizowane. Okazuje się jednak, że masa otaczających nas obrazów bynajmniej nie przygniotła nas do ziemi. Przeciwnie, ludzie coraz lepiej radzą sobie z rozumieniem obrazów (nawet tych abstrakcyjnych), które nie tylko nie wymagają słów, ale przeciwnie - których prawidłowe rozumienie bywa przez słowa poważnie zakłócane. Wiedza tkwi więc nie tylko w tekstach, ale również, a być może nawet przede wszystkim w obrazach. Ta forma jej kodowania jest bardziej pierwotna i co najmniej równie pojemna semantycznie, jak słowa.

 

Domykając tę garść refleksji dotyczących psychologicznych aspektów wiedzy rozumianej jako stan umysłu człowieka, warto jeszcze dodać jedno rozróżnienie na tzw. zewnętrzne i wewnętrzne nośniki wiedzy. Język etniczny lub formalny, a także zapisy ikoniczne (np. dzieła sztuki wizualnej, dźwiękowej czy zwykłe znaki drogowe) są zewnętrznymi formami przekazu wiedzy. Ale przecież wszyscy mamy doświadczenie, że „w naszej głowie" pojawiają się myśli, których nie da się przełożyć na żaden ze znanych zewnętrznych nośników. Jakże często takie próby kończą się niepowodzeniem. To język umysłu (lingua mentalis), swobodnie operujący na pojęciach abstrakcyjnych i konkretnych, na słowach i obrazach z szybkością niewyrażalną za pomocą jakiegokolwiek zewnętrznego nośnika wiedzy. Umysłowy mechanizm obsługi tego języka jest nam niemal całkowicie nieznany. Zaledwie przeczuwamy jego istnienie. A zarazem musimy się zgodzić z tym, że to właśnie on jest tym najważniejszym mechanizmem, który w sobie tylko wiadomy sposób obsługuje nieogarnione zasoby pamięci człowieka, generując to, co nazywamy wiedzą.

 

Kończąc tę krótką prezentację zaledwie kilku wybranych zagadnień dotyczących rozumienia pojęcia wiedzy na gruncie współczesnej psychologii poznawczej, jestem ogromnie ciekaw, w jakim zakresie socjologowie biorą je pod uwagę. Każda nauka ma swój przedmiot i swoje metody badawcze, ale kategoria wiedzy należy do tych, których pełne poznanie możliwe jest tylko z różnych punktów widzenia. Oto mamy więc nadarza się okazja, aby uzgodnić je między sobą.

 

 

 


 

Przypisy

 

[1] Niniejszy tekst został wygłoszony podczas XIII Zjazdu Socjologicznego, który odbył się 13-15 września 2007 r. w Zielonej Gorze.

 

Autor: Robert Kryński
Ostatnia aktualizacja: 26.09.2008, godz. 09:45 - Robert Kryński