piro_80

 

 

          Palestra 9-10/2008

 

 

Zbigniew Dyka, adwokat (Warszawa)

 

Kompetencje retoryczne prawnika

Amerykański pisarz i dziennikarz Samuel Langhorne Clemens, czyli Mark Twain zachwycał się mózgiem ludzkim, że jest tak wspaniałą rzeczą, że działa od chwili urodzenia aż do chwili... kiedy zaczyna się przemawiać.
Więc zaczynam.
Początek mojego wykładu to auto da fé. Wyznaję, że jestem umiarkowanym konserwatystą:
– chętniej czytam „Imię róży” niż „Kod Leonarda da Vinci”,
– chętniej słucham mazurków Chopina niż metalowych tam-tamów,
– chętniej patrzę na kształtne kobiety niż na wieszaki na suknie lub deski do prasowania,
– chętniej biorę omszałą butelkę wina niż coca-colę z rumem,
– chętniej cenię rozważnych prawników niż prawniczych raubritterów,
– chętnie cenię polszczyznę naszego i naszych ojców pokolenia.
Nie jestem aż tak zatwardziałym konserwatystą, abym sięgał do polszczyzny i semantyki XVIII wieku. Dlatego też, gdy organizatorzy niniejszej Akademii zaproponowali mi wykład o kompetencjach – nie przypuszczałem, żeby mieli na myśli dawniejsze znaczenie kompetencji jako „dożywotniej pensji wyznaczonej przez rząd za odebrane dobra”.
Współcześnie kompetencje to przecież nie pensja, lecz zakres czyjejś wiedzy, umiejętności, „właściwość umożliwiająca podejmowanie słusznych decyzji także w oparciu o doświadczenie i wyrażania się na określony temat w odpowiedni, właściwy sposób”. Jeżeli te znamiona kompetencji odniesiemy do kompetencji językowej, będzie to oznaczać:
„zdolność do odpowiedniego (stosownego) zachowania się językowego, do komunikowania się werbalnego. Ona umożliwia z jednej strony tworzenie i produkowanie, a z drugiej strony odbieranie i rozumienie nieskończonej liczby zdań języka i rozpoznawanie zdań prawidłowych i nieprawidłowych”.
W retoryce kompetencje językowe służą do umiejętnego przemawiania w tym celu, aby przekonać słuchacza i skłonić go do podjęcia decyzji przez nas pożądanej. Retoryka bowiem nie jest bezinteresowna, to nie sztuka dla sztuki; ma swój cel i dąży do jego realizacji. Aby to osiągnąć, trzeba retorykę obudować logiką, topiką, dialektyką, erystyką i psychologią. Są to niezbędne dyscypliny w językowej komunikacji międzyludzkiej.
Porozumiewanie się ludzi, przekazywanie myśli „stanowi dialog”; gdy to jest przemówienie – jest to dialog szczególny, niewerbalny, paradoksalny. Przecież, gdy przemawiasz, przedkładasz swoje racje, argumentujesz, odwołujesz się do doświadczenia – a słuchacz ci odpowiada. Nie słowami, ale w myśli toczy z tobą dyskurs.
– Tak, słusznie mówisz, to trafne, chyba masz rację. Masz rację!
albo
– Nie, nie przekonuje mnie to; to jest chybione, nie zgadzam się. Nie masz racji.
I właśnie o to chodzi, aby słuchacz taki dialog z tobą prowadził; żeby był aktywnym słuchaczem. Bierny słuchacz nie przejmie twoich myśli, słów. Ich nie rozważy. Żaden pożytek.
Do słuchacza trzeba trafić – droga niełatwa. Psychika ludzka, jak głosił Arystoteles, składa się z:
– rozumu – logos
– uczuć – pathos
– woli – ethos.
I trzeba trafić, i do rozumu, i do uczuć, i do woli.
Jak trafnie, a jakże współcześnie ujął to XVII-wieczny filozof i arystokrata Francis Bacon, pisząc „gdyby naszą wolą kierował jedynie rozum – wystarczałaby logika i empiria, ale jeżeli do tego dochodzi uczucie, to potrzebna jest retoryka, jako koalicja rozumu i wyobraźni”. Należy więc, przyznając rację Baconowi, wzbogacać retorykę o rozum, logikę, emocje, wyobraźnię, aby sprostać wymaganiom, a także wymaganiom Cycerona.
Cyceron bowiem żąda od retora, aby miał:
1. bystrość dialektyka
2. myśl filozofa
3. słowa poety
4. pamięć prawnika
5. głos tragika
6. gest aktora
to wszystko zaś po to, aby
– zadowolić słuchacza,
– być sugestywnym,
– zwięzłym,
– mieć moc przekonywania.
Słuchacz będzie zadowolony wówczas, gdy myśli, frazy będą ciekawe, zaskakujące, nowatorskie, zmuszające do refleksji.
Zważmy wypowiedź Cycerona „vivere est cogitare” wyraża semantycznie tę samą wartość, co kartezjańska paremia „cogito ergo sum”. Wszyscy pamiętamy paremię myślę, więc jestem, a cycerońskie „życie jest myśleniem” poszło w niepamięć.
Taka jest potęga formy! A wszystko po to, aby słuchacz był bardziej chętny do wysłuchania nas, do zaakceptowania naszych wywodów.
Do tego jeszcze jest potrzebna sugestywność wypowiedzi, a więc retor tak powinien przemawiać, aby słuchacz został nakłoniony, wręcz zniewolony tak dalece, jak to opisuje św. Augustyn w dziele ,,De doctrina christiana”.
Słuchacz jest do tego przez ciebie doprowadzony, że:
1. pragnie tego, co mu obiecujesz,
2. lęka się tego, o czym mu powiesz, że trzeba się bać,
3. żałuje tego, co przedstawiasz mu jako żalu godne,
4. cieszy się tym, co według ciebie powinno być radością,
5. współczuje temu, którego niedolę przedstawiasz,
6. wystrzega się tego, czego mu zalecasz się wystrzegać
i wtedy słuchacz jest twój.
Przykładem znakomitego oddziaływania przemawiającego było wystąpienie w 1966 roku Prymasa Polski księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego na Jasnej Górze. Rok wcześniej, w 1965 r. biskupi polscy wysłali do biskupów niemieckich ów słynny list, zawierający to ważne zdanie: „wybaczamy, prosimy o wybaczenie”. Rozpętała się wówczas ogromna nagonka propagandowa przeciw biskupom, oczerniano ich, zarzucając im działania przeciw Polsce. Stałe tego powtarzanie z niebywałą zaciekłością jakiś skutek odniosło.
Więc rok później, na Jasnej Górze, Prymas Tysiąclecia wobec wielosettysięcznej rzeszy pielgrzymów najpierw odczytał ten fragment listu biskupów, odmówił Modlitwę Pańską i zaakcentował słowa „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, a potem zapytał wybaczamy?, a tłum odparł – wybaczamy!
Słuchacza trzeba utrzymać w koncentracji uwagi. Nie można go zniechęcić, a tym bardziej zanudzić. Temu powinna służyć zwartość, zwięzłość przemówienia. Oznacza to i możliwie krótką formę (choć ten wykład jest jej antytezą), i zawarcie w niej wszystkiego, co jest niezbędne i konieczne. Reszta jest odrzucona.
W zwięzłości lubowali się Spartanie, lubowali się Rzymianie.
Kiedy Filip Macedoński po zwycięskiej bitwie pod Cheroneją zwrócił się do Spartan, aby wybrali wojnę lub kapitulację – posłom jego odpowiedzieli: „ani, ani”.
Przed bitwą o Termopile Kserkses perski zwrócił się do króla Spartan Leonidasa, aby wobec przewagi Persów oddał broń – ten odpowiedział najkrótszym przemówieniem:
molon labe! przyjdź i weź!
Notabene Leonidas w tej bitwie miał udane „bon moty”.
Strwożony Grek podbiegł w czasie bitwy do Leonidasa, mówiąc, że strzały Persów zakryły słońce (tyle ich). To dobrze, odparł Leonidas, będziemy walczyć w cieniu.
Znane są powszechnie zwięzłe wypowiedzi Cezara:
alea iacta est,veni, vidi, vici
i to najtragiczniejsze:
et tu Brute mi fili.
Przeciwieństwem zwięzłości jest gadulstwo.
Gorzkim przykładem skutków gadulstwa jest relacja z poselstwa Ateńczyków do Spartan. Posłaniec ateński tak długo przemawiał, że kiedy skończył, oni nie odpowiedzieli.
„Tak długo mówiłeś, żeśmy początku zapomnieli, więc i końca nie mogliśmy zrozumieć”.
Wniosek? Należy wyczerpać temat, a nie słuchacza.
Kompetencje retoryczne – jak już było powiedziane – nie są bezinteresowne; służą przekonaniu słuchacza. Łatwo to można zauważyć.
W przemówieniu perswazyjnym, wszak odnoszącym się do czasu przyszłego, w którym doradza się lub zachęca, albo odradza się i zniechęca, poddaje się przedmiot debaty (temat) rozwadze odbiorcy. Jest to rodzaj doradczy (genus deliberativum) i cel przemówienia jest oczywisty. Często występujący w debatach politycznych (parlamentarnych).
W przemówieniu oceniającym, demonstratywnym, dotyczącym czasu teraźniejszego, popisowym, jak mawiał Arystoteles, chodziło nie o skłonienie słuchacza do powzięcia decyzji, ale o ocenę talentu mówcy. Były to przemówienia głównie okolicznościowe, rocznicowe, oratorskie (genus demonstrativum). Cel przemówienia nie był dostrzegany, a jeśli to bardzo ukryty i poboczny, bo ewentualnie łechcący własną próżność mówcy.
W końcu przemówienia osądzające, sądowe, odnoszące się do czasu przeszłego. Czyny, wydarzenia, zachowania, które już były – mówca ocenia, skłania do ich analizy, wykazuje ich prawdziwość, wiarygodność lub nieprawdziwość, niewiarygodność, ocenia zaistniałą winę lub jej brak. Ten rodzaj przemówienia (genus iuditiale) ma głównie zastosowanie w sądzie. Cel wystąpienia mówcy jest jasny. Nie ma ostrych rozgraniczeń pomiędzy tymi rodzajami przemówień. Wzajemnie się przenikają i mieszają. Nie ma wyłączności. Te rodzaje przemówień, jak wszystkie środki retoryczne, są etycznie obojętne. Stanowią kwestię techniczną. Stosuje je każdy uczestniczący w praktyce prawniczej.
Retoryka jest jakby pucharem, do którego można nalać: wody, wina, cykuty,
– wedle uznania, a puchar się nimi napełni. Ale pamiętajmy:
to nie puchar, ale woda gasi pragnienie;
to nie puchar, ale wino rozwesela;
to nie puchar, ale cykuta truje.
Á propos trucizny: na bankiecie lady Astor, przeciwniczka Winstona Churchilla, trzymając puchar z winem, zwróciła się do niego: gdybym była pana żoną, do tego wina dolałabym cykuty.
Churchill: a ja gdybym był pani mężem, to wino bym wypił.
Puchar, jak retoryka, może być naczyniem (narzędziem) brzydkim, nijakim, pospolitym lub pięknym. Od nas ten kształt zależy. To my go formujemy. Dlatego, aby naczynie było piękne i skuteczne zarazem, trzeba pamiętać o cyceronowskiej triadzie, która powinna być obecna w praktyce retorycznej:
docere
delectare
permovere.
Pozostaje to w łączności z arystotelesowskim podziałem psychiki ludzkiej na:
logos
pathos
ethos.
W dyrektywie „docere” nie chodziło o to, by (broń, Boże!) uczyć, pouczać, ale informować, przedstawiać. W tym członie główną rolę odgrywa rozum. Umiejętność przedstawiania stanu faktycznego (który tak naprawdę wszystkim uczestnikom procesu jest znany!) w taki sposób, aby nie zanudzić, aby słuchacza nie rozproszyć. Trzeba uszeregować i ograniczyć stan sprawy, aby uwypuklać naszą główną tezę wystąpienia, aby był substratem przemówienia. Ta dyrektywa ma skłaniać do analizy w oparciu o logikę, doświadczenie życiowe i wiarygodne dowody.
Mistrzem stanu faktycznego był grecki retor Lizjasz, który tak prowadził słuchaczy, że nie stawiał wniosków końcowych, lecz mówił:
– powiedziałem
– słyszeliście
– wyrokujcie.
Lizjasz zresztą słynął z tego, że język dostosowywał do rodzaju spraw, do audytorium, do poziomu intelektualnego słuchaczy. I dlatego ujęto go w kanonie 10 retorów starożytnej Grecji.
Retoryka prawnicza powinna się posługiwać językiem literackim. Bo tak przystoi. Bo tak przystoi elicie, którą nadal trzeba odbudowywać, pielęgnować jej ethos i do tej elity aspirować. A prawnicy należą do elity.
Poza jednak językiem literackim, a raczej obok, istnieją żargony – języki zawodowe, wszak i prawnicy mają swój żargon. Bywają tak hermetyczne wyrażenia żargonowe, że dla celów procesu trzeba ich się uczyć, by swobodnie wypowiadać się w tak specjalistycznych problemach. Kto nie wie, jaka jest wartość semantyczna takich słów, to ich nie zrozumie. Ze szkodą dla prowadzonego procesu. Poszczególne dyscypliny naukowe i poszczególne rzemiosła mają także odrębne profesjonalne języki.
Któż pojmie heraldyczne wyrażenia, jak: miecz otłuczony, strzała rozdarta, pień ukorzeniony, pole nasadzone. Współczesny język (nieważne z jakich powodów – czasami uprawnionych) staje się językiem kodów (a może kodem językowym), gdzie nowoczesny hieroglif – czyli piktogram: znak drogowy, znak informacyjny, znak informatyczny – zastępuje słowo mówione. To upraszcza i przyspiesza porozumiewanie się i komunikację międzyludzką. Stajemy się świadkami „literatury SMS-ów”. Wynika to nie tylko z przyspieszonego postępu cywilizacyjnego, ale również z językowego niechlujstwa, bylejakości, lenistwa lub braku wykształcenia.
Te wady pokrywane są panoszącym się luzem obyczajowym, kulturowym. Z niego powstają takie pokraczne wyrażenia jak: wykształt, manifa, spoko, siemasz, które tak ociosują słowa, że pozostaje tylko pień zbutwiały. Uproszczenia poza granice wytrzymałości. Takie słownictwo, taki język uniemożliwia precyzowanie myśli, cieniowanie nastrojów, poznawanie rzeczywistości, rozróżnianie emocji, odbiera piękno i urok słowa. Czy można z takim zasobem słów i składnią dokonać egzegezy, analizy, budować sylogizmy? Nie sądzę, aby ten „język” miał moc przekonywania.
Prostotę języka należy wspierać i hołubić, ale nie ten, rozpychający się, agresywny, dosadny, upraszczający, zawężający percepcję i emisję myśli – pożal się Boże – język niektórych współczesnych Polaków. Operujemy żywym słowem, używamy żywego języka. On się przekształca, traci słowa, nowe zyskuje, zmienia reguły gramatyczne i ortografię. W praktyce retorycznej trzeba o tym pamiętać.
Ale z językiem jest jak z modą. Kobieta ubierająca się en vogue à la mode, powinna iść pod rękę z modą i nie może dać się jej wyprzedzić. Zaś elegancki mężczyzna podąża za modą wówczas, gdy ona już się oddala. Doradzam, używając żywego języka, bądźmy bardziej eleganckimi panami, niż modnymi paniami. Będąc jednak poprawni, nie bądźmy bardziej plus catholique que le pape. Nie bądźmy też i nadmiernie poprawni, bez skazy. To nudne!
To Profesor Rydlowa, dawno temu, kiedy jeszcze pracowała w Wydawnictwie Literackim w Krakowie, opowiadała mi, że Maria Dąbrowska złożyła w wydawnictwie opowiadanie, w którym bohater „zjadł kolację i poszedł spać”. Adiustator wydawnictwa doszedł do wniosku, że na tak znamienitą stylistkę to zdanie jest zbyt proste i poprawił „spożył wieczerzę i udał się na spoczynek”.
Umiar jest cnotą retora. Używajmy więc języka prostego, potocznego, zrozumiałego, zwartego, ale pięknego i giętkiego – jak chce wieszcz. Niedoścignionym wzorem attyckiego stylu współcześnie jest prof. Zbigniew Brzeziński. Jego język jest prosty, ścisły, a zdania zwarte i zrozumiałe. Mistrz!
Andrzej Olechowski, były minister finansów i spraw zagranicznych, niedoszły prezydent – przemawia kolokwialnie, informacyjnie i gawędziarsko.
Natomiast prof. Władysław Bartoszewski mówi językiem potocznym, obrazowym, a nadto ile dynamizmu i emocji w tym języku!
Kto chce mieć kompetencje retoryczne prawnika, to poza znajomością retoryki – musi znać prawo – to przecież oczywiste. Ale to nie takie proste. Czasy transformacji ustrojowej, przemiany gospodarcze, postęp technologiczny, rozwój nauk przyrodniczych, globalizacja, zmiany obyczajowo-etyczne – oto obraz rzeczywistości. Wymusza to konieczność zmiany społecznego dostosowania się do przemian, a za tym idą zmiany w obowiązującym prawie. Ta narastająca inflacja ustawodawcza choć jest w części nieusprawiedliwiona, czasami zbliża się do śmieszności.
Jeżeli w minionych dwóch latach 17 razy zmieniony został Kodeks postępowania karnego, a taką marginalną ustawę jak Prawo o adwokaturze też w ciągu dwóch lat 8 razy znowelizowano (i nie są to jedyne przykłady), to jak taki zalew stanowionych norm – to ogarnąć pamięcią, nawet komputerem wspomaganą.
Jak sprostać wymogom Cycerona, ażeby orator miał pamięć tak dobrą, jak prawnik mieć powinien. Dlatego – poza niezbędną znajomością przepisów prawa pozytywnego – potrzebna jest kindersztuba prawnicza, ogólna kultura prawna. Umożliwia ona poruszanie się w prawie pozytywnym, które jak lawa wrze i bulgoce. Ta swoboda poruszania się wśród przepisów obowiązującego prawa materialnego nie wystarczy prawniczemu oratorowi. Potrzebna jest naprawdę dobra znajomość prawa procesowego. Jest to oręż i przewodnik jurysty. To instrument, na którym wygrywa się melodię.
Są różne postępowania, wśród których rozważnie należy kroczyć. Inne akcenty uwzględniać i różnorakie formy stosować. To także świadomość, że każde postępowanie ma swoje stadia, a każde stadium ma własne odrębności i cele. I przedmiot jest różny.
W prawie rodzinnym i opiekuńczym wiele jest miejsca na empatię i współczucie. Na szukanie najkorzystniejszych rozstrzygnięć dla słabszego; dobro słabszego nie może być pomijane. Jest miejsce na emocje.
W prawie cywilnym spór majątkowy wymaga od prawnika wiedzy, jasnego wywodu i co najważniejsze – kreatywności. Tu dominuje rozum. Można wprawdzie i tu znaleźć kącik dla emocji, zwłaszcza w sprawach o ochronę dóbr osobistych.
Dawne szlacheckie pieniactwo stoczyło się pod strzechy; chłopskie spory o zniewagi przed kilkudziesięciu laty dominowały na wokandach i powoli wygasały, aby znów buchnąć płomieniem i podnieść się do sfer politycznych. Spory w tych sferach są tak bardzo liczne, że pełnomocnicy polityków mogliby się ograniczyć do znajomości art. 23 i 24 k.c.
W prawie karnym chodzi o człowieka. Różnie się to przedstawia w różnych stadiach procesu.
W sądzie I instancji oskarżonym jest człowiek. Potrzebna jest argumentacja, potrzebna i emocja oraz siła przekonywania. Oskarżonym bowiem jest żywy człowiek. Trzeba uwzględniać złożoność natury ludzkiej, rozbudzać wyobraźnię, omawiać czyn i jego okoliczności, odwoływać się do doświadczenia życiowego, dostosowywać przepisy prawne. Wpływa się na słuchacza rozumem i emocjami.
W sądzie II instancji oskarżonym jest wyrok. Mówca musi w pierwszym rzędzie operować wiedzą prawniczą, logiką, znajomością życia; pozostaje jednak i miejsce na uczucia.
Miejmy w pamięci, co powiedział Gilbert Keith Chesterton: wierzę w to, co jest niemożliwe, bo wierzę w Boga. Trudniej uwierzyć w to, co prawdopodobne, a więc możliwe, gdy sprzeciwia się temu moje doświadczenie i porządek rzeczy. Wierzę, że Wilhelm Zdobywca mógłby ożyć, ale nie wierzę, że król Jerzy V mógłby na golasa biegać po Piccadilly Circus. Ta paradoksalna myśl Chestertona może mieć zastosowanie w sądzie I i II instancji. Wszak wyrok opiera się także na doświadczeniu życiowym.
W sądzie kasacyjnym oskarżone jest prawo. Pozostaje już tylko rozum, logika i jurysprudencja.
Nie tylko stadia procesowe różnicują formę przemówienia. Różnicuje je także charakter i rodzaj sprawy. Więc retoryka odróżnia styl wysoki (duży), styl średni, styl niski (mały). Takt retoryczny prawnika podpowie, jaki styl i jaką formę przemówienia należy wybrać, aby mowa była właściwa.
W tej kwestii Arystoteles ostrzegał: ,,nie można mówić niedbale o sprawach poważnych, ani uroczyście o marnych. I nie dodawać ozdobnych przydawek do lichych wyrazów”.
Rozmaitość stylów, rodzajów i form przemówień nie wyczerpuje jeszcze kompetencji retorycznych prawnika. Poza bowiem przemówieniami stron w procesie są jeszcze wnioski procesowe. Wnioskuje się o przeprowadzenie dowodu, o powołanie biegłego, o odroczenie lub przerwę w rozprawie, o odrzucenie pisma procesowego, o pozostawienie go bez biegu, o zawieszenie postępowania, o umorzenie postępowania, itd., itd., itd.
Znajomość przepisów procesowych jest tu konieczna, ale niewystarczająca. Potrzebna jest zręczność budowania wniosku – jego logika i jego zamierzony efekt. Wniosek musi być jasny, zwarty i przekonywający. Ma opierać się na analizie przepisów prawa, orzecznictwa i doktryny, a jednocześnie być rzeczowy i celny. Zdarza się, że słuszny wniosek źle przedstawiony nie zostaje uwzględniony, zaś wniosek wątpliwy, dobrze uzasadniony zostaje zaakceptowany i przyjęty. Zgłaszanie wniosków to inna od przemówień jakość retoryczna. A jakże prawnikowi potrzebna – często ważniejsza niż przemówienia. Zły wniosek może i dobremu przemówieniu zaszkodzić, a wniosek dobry może i złe przemówienie naprawić.
Przemawiając i wnioskując, pamiętajmy o cennej radzie sławnego francuskiego prawnika:
1) trzeba wiedzieć, co ma się powiedzieć,
2) trzeba powiedzieć, co się miało powiedzieć,
3) trzeba zakończyć, gdy się powiedziało, co się miało powiedzieć.
I to wszystko.
Winston Churchill, znany z nietypowych, interesujących, czasem frywolnych powiedzeń – zapytany, jak powinno wyglądać najlepsze przemówienie – powiedział:
– „Wstęp ma być ciekawy, zakończenie piękne, a środek... a środek ma być jak najkrótszy”.
Już starożytni uważali, że ciekawy wstęp przykuwa uwagę i zdobywa przychylność słuchacza (captatio benevolentiae) – Cycero.
Kwintylian cenił zakończenie jako zwieńczenie mowy, które najlepiej się utrwala w pamięci słuchacza. A środek jest ważny, a tylko u Churchilla jest żartem.
W przemówieniu w sprawie karnej potrzeba odwoływać się do rozumu, do uczuć i do woli, ale nie tylko. Konieczny jest także przekaz niewerbalny – tzw. „mowa ciała”. To spojrzenie, mimika, uśmiech, dźwięk, postawa ciała, gest. Przekaz niewerbalny (mowa ciała) jest ogromny, przekraczający i to znacznie skuteczność przekazu ustnego, słownego.
Do starożytnych Aten przywędrowała piękna dziewczyna o jasnej karnacji. Handlowała na agorze zieleniną. Niewiele z tego miała. Postanowiła więc zostać kurtyzaną. I została. Z ogromnym powodzeniem. Stała się nieprzyzwoicie bogata. Ateńczycy zachwyceni urodą i karnacją (Greczynki były śniade) nazwali ją FRYNE, co znaczyło ,,ropucha”. Ropuchy mają białe brzuszki. Została oskarżona o bezbożność. Stanęła przed sądem. Jej obrońca Hypereides, widząc bezskuteczność swych argumentów, zerwał z Fryne tunikę i jej urodę okazał wrażliwym na piękno Grekom. Areopag oszalał. Uniewinnił.
Jakże skuteczny był także gest lady Godivy na bruku Coventry. Ale nie sięgajmy do historii.
Współcześnie pamiętamy rozpostarte ramiona Jana Pawła II, pierwszy taki gest w historii papiestwa (nikt mi przeciwieństwa nie dowiedzie) i Jego pielgrzymi pocałunek ziemi, do której przybył. Ileż słów te gesty zastąpiły! Taka była siła niewerbalnego przekazu.
Każdy przekaz werbalny i niewerbalny w procesie karnym jest ważny. Bo o rzecz ważną idzie. O los człowieka! Prawo karne jest zaprzeczeniem najhumanitarniejszej z humanitarnych dyrektywy: „zło dobrem zwyciężaj”. Prawo karne bowiem służy do eliminacji zła groźnego dla społeczeństwa. Pełni więc funkcję wykluczającą, redukcyjną. Ale czyni to za pomocą wyrządzonej krzywdy, dlatego że:
1) kara śmierci jest złem, bo pozbawia życia,
2) kara dożywocia jest złem, bo odbiera nadzieję,
3) kara więzienia jest złem, bo pozbawia wolności,
4) kara grzywny jest złem, bo pozbawia części dorobku,
5) środki karne są złem, bo ograniczają człowieka.
Rzec by można: „zło złem zwyciężaj”.
A jednak to ZŁO, świadomie i celowo wyrządzone, jest KONIECZNE. Niezbędne dla ochrony ładu społecznego. Mając jednak na uwadze, że zło złem pozostaje – stosowanie go należy ograniczyć do niezbędnej konieczności; wykładnia i praktyka musi być ściśle ograniczona do stopnia zawinienia i szkodliwości. Ten proces myślowy powinien uwzględniać kodeksową zasadę humanitaryzmu. Tylko takie prawo, a nie jego okrutność lub nadmierna surowość (jak chciał Drakon i jego periodyczni naśladowcy), będzie skuteczne, bo sprawiedliwe. Orator o tym powinien sądowi przypominać, jego wyobrażenie rozwijać, bo wyobraźnia ludzka jest niedoskonała.
Trzeba także pamiętać o taktyce procesowej. Ona też jest bliska retoryce. Problemy taktyczne krótko, lecz trafnie przedstawił Jan Amos Komensky, kiedy go poproszono, aby wygłosił kazanie o pijaństwie. Wtedy zapytał: „Czy piekłem mam straszyć, czy niebem wabić?” Od wybranej taktyki zależeć będzie kształt retorycznego przemówienia.
Orator, retor musi pamiętać, że prawo staje się bezduszne, okrutne, jeśli się je zbyt dosłownie, oschle stosuje. Czasem trzeba na prawo pozytywnie spojrzeć przez lekko przymrużone oko i zejść ze ścieżki legalizmu – aby wejść na drogę prawa. Zresztą takie wentyle bezpieczeństwa istnieją w porządku prawnym. A to: art. 42 i 43 Konstytucji, art. 5 k.c., art. 1 § 2 i § 3 i art. 3 k.k., tylko należy o nich pamiętać i je stosować, aplikować. Nie można bowiem bożkowi prawa pozytywnego posągów stawiać. Pamiętajmy o słowach Pawła Włodkowica na soborze w Konstancy o prymacie prawa naturalnego.
Napoleon powiedział, że najlepszą i skuteczną figurą retoryczną jest powtarzanie. Więc powtarzałem, że retoryka jest umiejętnością użytkową, że przemówienie powinno być rzeczywiście wygłaszane i skierowane do adresata. Chciałbym więc, aby mój wykład nie przypominał mowy wspomnianego ateńskiego posłańca do Spartan. Choć mam świadomość, że żywe słowo to rzecz ulotna, więc jak pisał Leopold Staff, że zostaną po nim „ślady na piasku i kręgi na wodzie”.

 

Wykład wygłoszony 1 kwietnia 2008 r. na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II w ramach Akademii Retoryki Prawniczej, nad którą patronat honorowy objęła m.in. adw. Joanna Agacka-Indecka, Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.

Autor: Natalia Dziczkowska
Ostatnia aktualizacja: 24.09.2009, godz. 15:06 - Natalia Dziczkowska