Sekcja Polskich Teologów Moralistów

Apel do mediów

W imieniu środowiska polskich teologów moralistów pragniemy zwrócić się do przedstawicieli mediów, do dziennikarzy i publicystów prasowych oraz do dziennikarzy mediów elektronicznych, o jakościową zmianę w podejściu do dyskusji i sporów odnoszących się do kwestii etycznych, zazwyczaj trudnych i delikatnych, a jednocześnie domagających się lepszego przygotowania merytorycznego i poczucia odpowiedzialności za dobro, którym zawsze ostatecznie jest człowiek.

Ten apel wyrasta z niepokoju, jaki rodzi poziom dotychczasowych dyskusji na trudne i zawiłe tematy etyczne, czego wyraźnym przykładem jest tocząca się w ostatnim czasie dyskusja na temat zapłodnienia in vitro. Moglibyśmy przytaczać wiele przykładów nierzetelnego podejścia zarówno dziennikarzy, jak i niektórych uczestników tej dyskusji, ale uznaliśmy, że naszym zadaniem nie jest oskarżanie kogokolwiek, a raczej wskazywanie na pewne racje i kierunki, które mogłyby zmienić charakter tej dyskusji, a przede wszystkim przenieść ją z płaszczyzny doraźności politycznej lub publicystycznej na płaszczyznę prawdziwie etyczną.

Chociaż prezentujemy katolicką teologię moralną, a więc etykę chrześcijańską w naświetleniu teologicznym, a tym samym opowiadamy się za etycznym nauczaniem Kościoła, to jednak nie odmawiamy nikomu prawa prezentowania w mediach swoich odmiennych poglądów. Z drugiej strony apelujemy jednak o takie otwarcie się mediów, które pozwoli na pełną prezentację poglądów i przekonań tych, którzy są członkami Kościoła katolickiego. Nie może być tak, że z góry dezawuuje się głoszone przez Kościół oceny i rozstrzygnięcia etyczne, nie dopuszczając pierwej do ich w miarę pełnej prezentacji.

Pragniemy nasz apel - skierowany do mediów - przedstawić w dwu zasadniczych częściach: najpierw chodzi nam o przywołanie pewnych spraw ogólniejszej natury; dopiero na tym tle chcemy odnieść się do niektórych aspektów dyskusji poświęconej sztucznemu zapłodnieniu (in vitro).

I
Nasz apel o jakościową zmianę "polskich rozmów" odnoszących się do skomplikowanych problemów etycznych związanych z ludzkim życiem - tak indywidualnym, jak i społecznym - pragniemy wyrazić w postaci kilku próśb.

1. Apelujemy do mediów o taką otwartość na naukę etyczną Kościoła katolickiego, która pozwoli na pełną jej prezentację w odniesieniu do konkretnych problemów moralnych. Chodzi nie tylko o możliwość pełnego wyjaśnienia określonych norm moralnych i ocen etycznych, ale także - a może przede wszystkim - o możliwość jak najpełniejszego ich uzasadnienia. To wymaga zawsze poświęcenia trochę czasu i cierpliwości. Nie powinno być tak, że stawia się - niekiedy w sposób dość agresywny - pytanie, ale nie dopuszcza się do pełnej na nie odpowiedzi; niegrzecznie się przerywa, albo zadaje inne pytanie. Nie powinno być tak, że nagrywa się wcześniej czyjąś wypowiedź, która zawiera kilka aspektów danego problemu, po czym prezentuje się tylko część tej wypowiedzi, zniekształcając jej sens. Powoływanie się na dynamizm rozmowy, albo na krótki czas prezentacji jest wybiegiem, który tak naprawdę obniża poziom obiektywizmu mediów.

2. Prosimy o uwolnienie dyskusji o charakterze etycznym od powiązań z kontekstem politycznym i społeczno-kulturowym. Nie negujemy, że takie powiązania istnieją. Chodzi jednak o to, by oceny i rozstrzygnięcia etyczne uwolnić od doraźnych uwarunkowań i oprzeć je na właściwym dla nich fundamencie, czyli w odniesieniu do wizji człowieka i życia ludzkiego. Dyskusje i spory etyczne mają charakter "sporu o człowieka" (o narastaniu tego sporu w świecie współczesnym mówił Jan Paweł II w 1997 roku w kolegiacie św. Anny w Krakowie do uczonych z całej Polski). Dlatego nie jest prawdziwe przedstawianie tych sporów jako wyłącznie religijnych, a więc jako prób narzucania komuś wymagań religijnych. Jesteśmy przekonani, że w trosce o przyszłość człowieka w dzisiejszym świecie warto się spierać i ten spór nie musi zamienić się w kłótnie i niepotrzebne podziały. Rozstrzygnięcia w dziedzinie etyki nigdy nie mają charakteru czysto teoretycznego, albowiem wpływają na konkretne losy poszczególnych ludzi i całych społeczności.

Podkreślenie tej antropologicznej płaszczyzny dyskusji etycznych prowadzi do pewnych konsekwencji. Prosimy, by dziennikarze zrezygnowali ze stosowania tzw. "karty katolickiej". Oto, ponieważ określone poglądy etyczne głosi Kościół katolicki, to trzeba się im z góry przeciwstawić, bo on (w domyśle) chce te poglądy wszystkim narzucić. Prosimy także, by nie określać konkretnych rozwiązań etyki katolickiej jako rzekomo zabarwionych ideologicznie. To prawda, że etyka chrześcijańska oparta jest na wierze religijnej, ale sprowadzanie wiary do ideologii (co zawsze wiąże się z negatywną konotacją) nie ma żadnego uzasadnienia.

3. Prosimy także o zrozumienie pewnych istotnych przesłanek, którymi kieruje się Kościół, głosząc w sposób zdecydowany swoje poglądy etyczne, zdając sobie jednocześnie sprawę ze sprzeciwu wielu środowisk spoza Kościoła, a także z braku zrozumienia (nawet niekiedy kontestacji) wśród niektórych członków Kościoła. Warto przynajmniej próbować zrozumieć, dlaczego Kościół - świadom tej sytuacji - nie rezygnuje z głoszenia obiektywnych norm moralnych. Kościół nie jest takim uczestnikiem życia społecznego, który zabiega o popularność na zasadzie przypodobania się ludziom; nie zależy mu na "sondażowej" akceptacji, choć wie dobrze, że ta akceptacja jest jednym z warunków urzeczywistnienia jego zbawczej misji w świecie dzisiejszym. Kościół nie może jednak zrezygnować z głoszenia orędzia moralnego, które wypływa z Ewangelii tylko dlatego, że jakaś część ludzi to orędzie kontestuje lub odrzuca.
Kościół winien w tym naśladować Chrystusa, któremu część uczniów zarzuciła, że "trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?" (J 6,60) - i odeszła od Niego. Jezus nie zatrzymał tych, którzy postanowili Go opuścić. Nie zmienił też swego nauczania, by im się przypodobać. Zapytał natomiast pozostałych: "czyż i wy chcecie odejść?" (J 6,67). Odpowiedź Szymona Piotra jest zobowiązaniem dla tych wszystkich, którzy czują się uczniami Chrystusa: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga" (J 6,68-69). Każda próba dopasowania wymagań etycznych do życiowej sytuacji ludzi - i to nie tylko na płaszczyźnie wiary religijnej - niesie ze sobą klęskę etyki.
Warto w tym miejscu przypomnieć słowa Jana Pawła II, który tak odpowiedział tym, którzy oskarżają Kościół, że jest nieprzejednany w głoszeniu zasad moralnych i że to rzekomo sprzeciwia się jego macierzyńskiej naturze: "W rzeczywistości jednak macierzyńskości Kościoła nie można nigdy odłączać od jego misji nauczania, gdyż musi ją zawsze wypełniać jako wierna Oblubienica Chrystusa, który jest Prawdą". I dodał, że "prawdziwa wyrozumiałość i szczere współczucie muszą oznaczać miłość do osoby, umiłowanie jej prawdziwego dobra, jej autentycznej wolności. Z pewnością nie może to polegać na ukrywaniu lub osłabianiu prawdy moralnej, lecz na ukazywaniu, że w swej istocie jest ona promieniowaniem odwiecznej Mądrości Bożej, objawionej nam w Chrystusie, i służbą człowiekowi, która pomaga mu wzrastać w wolności i dążyć do szczęścia" ("Veritatis splendor", nr 95).

4. Prosimy też o pełne odczytanie istoty nauczania moralnego Kościoła, który oceniając negatywnie określone działanie człowieka, nazywając je grzechem, nie potępia tym samym - niejako automatycznie - człowieka, który się złego czynu dopuścił. To tutaj jest miejsce na miłosierdzie głoszone przez Kościół. Jakże wymownym przykładem jest tu zdecydowane potępienie bezpośredniego zamachu na życie poczęte (por. "Evangelium vitae", nr 58-59), z jednoczesnym serdecznym i pełnym współczucia apelem do kobiet, które kiedykolwiek takiego czynu się dopuściły (por. tamże, nr 99). Nie można pomawiać Kościoła, że wskazując na zło określonych działań ludzkich, nie żywi szacunku dla tych, którzy się tego zła dopuszczają, albowiem poszanowanie godności osobowej nie oznacza akceptacji dla wszystkiego, co dany człowiek czyni.

5. Ludzie mediów (nie tylko oni) powinni przynajmniej próbować zrozumieć stanowisko Kościoła, który głosi, że zasad moralnych nie tworzy się w oparciu o schemat demokratycznej większości. Dlaczego ci sami dziennikarze powołują się - zresztą często bezzasadnie - na rzekomo istniejącą większość, która opowiada się np. za przerywaniem ciąży, a jednocześnie nie godzą się na tę zasadę, kiedy okazuje się, że wielu ludzi (większość?) opowiada się za karą śmierci? Z opinii większości nie można wyprowadzić zasad moralnych, choć przecież zdarza się, że zdrowa opinia publiczna potrafi dobrze odczytać konkretne zobowiązania moralne, zwłaszcza wtedy gdy wzmocnione są one dobrym, często wielowiekowym obyczajem.
Warto przemyśleć w związku z tym fałszywe założenie, że demokracja, tak mocno związana z zasadą pluralistycznego społeczeństwa, musi być - jak to określił Jan Paweł II - sprzymierzona z relatywizmem moralnym (por. "Centesimus annus", nr 46). Nie jest bowiem prawdą, że człowiek, który uznaje istnienie obiektywnego i absolutnego dobra (a także prawdy), który wierzy w związku z tym w istnienie niezmiennych norm moralnych, jest automatycznie przeciwnikiem demokracji. Nie wolno mylić tej postawy z fanatyzmem i fundamentalizmem religijnym, albowiem nie oznacza to, że chce się swoje przekonania narzucić komuś siłą, bez poszanowania ludzkiej wolności. Natomiast Kościół i ludzie wierzący mają prawo do publicznego wyznawania swoich poglądów, a co więcej także do przekonywania innych, że jest to droga pełnego rozwoju człowieka.

6. Wśród próśb, jakie kierujemy w naszym apelu, nie może zabraknąć i tej, żeby odnieść się ze szczególnym szacunkiem do dziedzictwa, jakie zostawił nam Ojciec Święty Jan Paweł II w swoim nauczaniu. Był konsekwentny w głoszeniu moralnego przesłania Kościoła także wtedy, gdy budziło ono sprzeciw. Był bezkompromisowy w głoszeniu niezmiennej nauki Ewangelii. A jednocześnie tak bardzo rozumiał człowieka i nigdy nikogo nie odtrącał; nie odrzucał także tych, którzy nie do końca przyjmowali Jego naukę, albo wprost się jej przeciwstawiali. Nigdy jednak nie rezygnował z prób przekonywania, zwłaszcza młodych ludzi, by w pełni i konsekwentnie opowiedzieli się po stronie Chrystusa i Jego Ewangelii.
Z szacunkiem i podziwem przyjmowaliśmy dojrzałość znakomitej większości polskich dziennikarzy, którzy potrafili otworzyć się na osobę Ojca Świętego w czasie, kiedy dobiegało do końca Jego ziemskie pielgrzymowanie, kiedy w polskiej rzeczywistości musieliśmy się wszyscy uporać z myślą, że już Go nie będzie z nami w doczesności, w obliczu ciągle nowych wyzwań, jakie niesie ze sobą świat współczesny. Widzieliśmy w tym także pragnienie jakiegoś wyrazistego autorytetu moralnego: dla jednych był to wprost autorytet świętości, dla innych - spotkanie z jakąś niezłomnością, wobec której trudno przejść obojętnie.
Czy jednak, ośmielamy się pytać wprost, ten szacunek dla Ojca Świętego nie oznacza także uszanowanie Jego nauczania? Nie chodzi o to, by je bez zastanowienia przyjmować, a tym mniej komukolwiek narzucać. Chodzi jedynie o to, by mogło ono po prostu zaistnieć w mediach i to nieprzykrojone do naszych - niekiedy nazbyt przyziemnych - celów i już podjętych działań. Nauczanie moralne Papieża naprawdę na to zasługuje, by o nim rozmawiać poważnie, zwłaszcza że posługuje się On argumentacją nie tylko wąsko religijną (teologiczną), ale także - jako dawny profesor etyki filozoficznej - odwołuje się do tego wszystkiego, co płynie z ludzkiego rozumu, zdolnego do odkrycia i przyjęcia prawdy.
Fascynacja osobą staje się pusta, a niekiedy nawet faryzejska, jeśli za nią nie idzie przynajmniej próba zrozumienia tego, co ta osoba głosi, co uważa za najważniejsze w życiu ludzkim. Czyż nie brzmią dziś proroczo słowa, które Jan Paweł II wygłosił jeszcze jako krakowski Kardynał podczas rekolekcji w Watykanie w 1976 roku? Mówił tam o tym, jak media odnoszą się do nauki Chrystusa, a my możemy te słowa odczytać przez analogię jako odniesienie do nauczania papieskiego: "Jest też na pewno w tym świecie olbrzymi ładunek wiary, duży margines wolności dla posłannictwa Kościoła. Choć tylko margines. Wystarczy przyjrzeć się głównym tendencjom, jakie dominują w środkach przekazu, wystarczy zwrócić uwagę na to, o czym milczą, i na to, o czym mówią najgłośniej. Wystarczy posłuchać, czemu najbardziej się sprzeciwiają, żeby zobaczyć, że tam nawet, gdzie akceptują Chrystusa, równocześnie sprzeciwiają się Chrystusowi w tym, co należy do całej prawdy Jego Osoby, Jego posłannictwa, Jego Ewangelii. Chcieliby Go "dokroić", dostosować do swojej miary: do miary człowieka ery postępu i programu współczesnej cywilizacji, która jest programem konsumpcji środków, a nie stawiania transcendentnych celów. [...]. Ten sprzeciw wobec Chrystusa, który idzie często w parze z powoływaniem się na Chrystusa - a więc czynią to także ci, którzy zwą się Jego uczniami - jest szczególnym symptomem czasów, w których żyjemy" ("Znak sprzeciwu". Paris 1980 s. 183).

7. W końcu warto, by dziennikarze, a także ludzie kultury i nauki, a właściwie wszyscy, którzy mają jakikolwiek wpływ na opinię publiczną i konkretne zachowania się ludzi w naszym społeczeństwie, przemyśleli dobrze sprawę daleko posuniętej demoralizacji naszego społeczeństwa, a zwłaszcza brak poszanowania ładu moralnego, a w konsekwencji porządku prawnego przez młode pokolenie. Ośmieszanie zasad moralności katolickiej w dziedzinie ludzkiej płciowości i małżeństwa, w odniesieniu do poszanowania i ochrony życia ludzkiego i wielu innych jeszcze dziedzin życia, tylko pozornie służy promocji ludzkiej wolności. Jest drogą do nikąd, jest sprowadzaniem na manowce, jest przekonywaniem młodych, że ich wolność oznacza przywilej błądzenia albo nawet wybierania zła.
Dzisiaj potrzebujemy odpowiedzialnego sprzymierzenia się rodziny, szkoły, Kościoła, a także ludzi mediów w trosce o wychowanie młodych ludzi do odpowiedzialnego korzystania z wolności. Tylko ludzie naiwni albo - czego nie można wykluczyć - ludzie złej woli są przekonani dzisiaj, że wystarczą dobre przepisy prawne i sprawna służba państwa, aby zachować ład społeczny. To przekonanie, które nazbyt wielu przyjęło za swoje na początku transformacji po 1989 roku, przyniosło nam gorzkie owoce, które dzisiaj zbieramy w wielu dziedzinach życia społecznego. Nie umieliśmy - jako społeczeństwo - przyjąć w pełni ostrzeżeń przed zafałszowaniem i nadużywaniem wolności, które głosił na polskiej ziemi Ojciec Święty Jan Paweł II w 1991 roku, nie potrafiliśmy przyjąć Jego apelu o ludzi sumienia, wygłoszonego w Skoczowie w 1995 roku. Teraz naprawdę nie mamy już czasu na jałowe spory, a zwłaszcza na wyniszczającą walkę o wpływ na społeczeństwo. Trzeba porzucić doraźność polityczną i pokusę "zwycięstwa" nad pozornym przeciwnikiem (czytaj: Kościołem). Wprawdzie Kościół nie może do końca urzeczywistnić swojej misji bez współdziałania z mediami, ale też media nie będą prawdziwie służyły społeczeństwu polskiemu, jeśli będą traktowały Kościół jako swojego konkurenta i rzekomego przeciwnika demokracji.
Zapewne będziemy się różnić w wielu sprawach, w niektórych nie dojdziemy nigdy do porozumienia, ale jest przecież ogromnie wiele spraw, w których tylko mądra współpraca pozwoli na ich właściwe rozwiązanie. Proszę pamiętać, że zakładana przez niektórych klęska Kościoła jako autorytetu moralnego, może się okazać pyrrusowym zwycięstwem nie tylko ludzi mediów, ale całego społeczeństwa.


II
Tę ogólną płaszczyznę naszego apelu do ludzi mediów pragniemy dopełnić prezentacją nauczania Kościoła na temat sztucznego zapłodnienia in vitro. Jest to okazja, by zaapelować do mediów, by pozwoliły na pełną prezentację nauczania Kościoła, choćby przez włączenie do dyskusji tych, którzy to nauczanie naprawdę znają i mają ponadto tyle dobrej woli, by je nie przeinaczać, ułatwiając sobie w ten sposób krytykę. Ze smutkiem odnotowujemy, że w dotychczasowej dyskusji na ten temat nie zawsze koncentrowano się na etycznych aspektach problemu, lecz próbowano epatować kwestiami technologii medycznej i niektórymi społecznymi aspektami. Nie ulega wątpliwości, że sztuczne zapłodnienie jest jedną z tych ingerencji medycznych, które są wezwaniem do ponownego przemyślenia granic tego typu ingerencji w różne procesy życia ludzkiego. Jest rzeczą charakterystyczną, że środki społecznego przekazu często przedstawiają problematykę sztucznego zapłodnienia jednostronnie, koncentrując się na tym, co uznają za "sukces" medycyny, natomiast pomniejszając lub zupełnie pomijając to wszystko, co mogłoby wzbudzić wątpliwości, czy to jest rzeczywisty sukces.

Warto, by ludzie mediów przynajmniej próbowali rozumieć odpowiedź Kościoła na najważniejsze pytania, jakie wiążą się z tego typu działaniami medycznymi.

1. Czy wszystko, co jest w medycynie technologicznie możliwe, jest dopuszczalne moralnie? Czy nie trzeba szukać pozamedycznych, a więc etycznych, kryteriów dla oceny tychże działań?
Współczesna mentalność jest głęboko przeniknięta swoistą wiarą w postęp technologiczny, który rzekomo ma rozwiązać wszelkie problemy, jakie stoją przed człowiekiem i całą ludzkością. Rodzi się w ten sposób "mit skuteczności", który wielu ludzi prowadzi do przekonania, że dobre jest to, co jest skuteczne; nie zastanawiają się oni nad godziwością użytych środków i sposobów działania. Takie nastawienie rodzi jednocześnie oskarżenie Kościoła o rzekomy tradycjonalizm i konserwatyzm, o to, że sprzeciwia się "postępowi ludzkości".
Tymczasem w nauczaniu Kościoła zwraca się uwagę na dwa oblicza rozwoju technologicznego. Z jednej strony niesie on ze sobą ogromne możliwości poprawy życia ludzkiego w różnych dziedzinach (także w medycynie), a z drugiej - może rodzić pokusę nieroztropnego przekroczenia granic panowania człowieka nad światem (por. broń jądrowa, broń biologiczna i chemiczna, drastyczne pustoszenie źródeł energii mineralnej, genetycznie zmieniona żywność). Jest rzeczą zrozumiałą, że bez postępu w dziedzinie nauk przyrodniczych i rozwoju samej techniki, nie istniałyby współcześnie tak wspaniałe możliwości w dziedzinie leczenia - ratowania zdrowia i życia człowieka. Ale nie oznacza to akceptacji dla wszystkich technologii stosowanych w medycynie (Por. Kongregacja Nauki Wiary. Instrukcja dla rodzącego się życia ludzkiego i godności jego przekazywania "Donum vitae". Watykan 1987).
Wbrew temu, co się zarzuca Kościołowi katolickiemu, nie sprzeciwia się on postępowi technicznemu w dziedzinie medycyny, lecz wprost przeciwnie – uznaje ten postęp za znak Bożego błogosławieństwa, jednakże pod zasadniczym warunkiem, że prawdziwie służy on człowiekowi i nie sprzeciwia się jego godności. Kościół wyraził swoje stanowisko przed wielu laty w "Deklaracji o przerywaniu ciąży" wydanej przez Kongregację Nauki Wiary: "Postęp naukowy dostarcza technice, i coraz bardziej będzie jej dostarczać, znakomitych środków, których następstwa mogą być bardzo poważne tak w dobrym, jak i w złym znaczeniu. Są to same przez się godne podziwu wynalazki umysłu ludzkiego. Technika jednak nie może uniknąć oceny moralnej, gdyż z natury przeznaczona jest do tego, by służyć człowiekowi, i dlatego powinna zachować te cele, do których człowiek jest powołany. Tak jak nikomu nie wolno wykorzystywać energii atomowej do skierowania życia ludzkiego w jakąkolwiek bądź stronę albo przywłaszczania go sobie. Wykorzystanie zdobyczy technicznych ma sens jedynie wówczas, gdy dokonuje się dla dobra człowieka celem rozwinięcia jego naturalnych uzdolnień, zapobiegania chorobom i ich usuwania, jednym słowem - ma jak najlepiej wspierać wszechstronny rozwój człowieka" (nr 17).
Badań naukowych i poszukiwań nowych technik w dziedzinie medycyny nie można traktować jako neutralnych moralnie. Dzisiaj coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że nauka i technika stoją przed pytaniem o swoje granice, bo są to jednocześnie granice przetrwania człowieka na naszej planecie. Właśnie dlatego nie wystarczy sama miara nauki czy techniki, potrzebne są normy moralne. Podnoszą to dzisiaj także ludzie, którzy nie występują z pozycji Kościoła katolickiego. Słusznie podkreśla się, ze pierwszym zadaniem każdej wolności jest rozpoznanie swoich granic. Powinni pamiętać o tym ci wszyscy, którzy tak ochotnie powołują się na wolność nauki i badań naukowych.
Bardzo wyraźnie ten problem ujmuje Kongregacja Nauki Wiary, podkreślając we wspomnianej już Instrukcji "Donum vitae", że "wiedza i technika [...] czerpią z osoby i z jej moralnych wartości wskazania co do ich celowości i świadomość ich granic". I dokument dodaje: "Dlatego, byłoby czymś złudnym, domagać się neutralności moralnej badań naukowych i ich zastosowań; z drugiej zaś strony, nie można wyprowadzić kryteriów postępowania, z prostej skuteczności technicznej, z pożyteczności, jaką mogą przynieść jednym ze szkodą innych, lub co gorsze z panujących ideologii. Wiedza i technika domagają się zatem dla ich istotnego znaczenia, bezwarunkowego szacunku dla podstawowych kryteriów moralności, to znaczy, że wiedza i technika powinny służyć osobie ludzkiej, jej niezbywalnym prawom i jej prawdziwemu i integralnemu dobru, zgodnie z zamysłem i wolą Bożą" (Wstęp, nr 2).
Podobnie tę kwestię ujął Jan Paweł II w przemówieniu do uczestników dwu kongresów lekarskich (Rzym, 27.10.1980): "Prawdą jest, że rozwój technologiczny, charakterystyczny dla naszego czasu, cierpi na dogłębną ambiwalencję: podczas gdy z jednej strony pozwala człowiekowi wziąć w ręce własny los, to z drugiej wystawia go na pokusę wychodzenia ponad granice rozumnego panowania nad naturą, narażając na niebezpieczeństwo samo przetrwanie i integralność osoby ludzkiej [...]. Zapewne poznanie naukowe ma swoje prawa, do których się stosuje. Ono jednak winno uznać, nade wszystko w medycynie, nieprzekraczalną granicę w poszanowaniu osoby i ochronie jej prawa do życia w sposób godny człowieka".

2. Czy cel uświęca środki?
To pytanie jest niejako konsekwencją podkreślenia, że technologia domaga się jakichś kryteriów etycznych. Postęp w medycynie dostarcza dzisiaj różnych środków. Czy wszystkie one są do zaakceptowania tylko dlatego, że są skierowane na - jak się mówi - szlachetny cel? Tym szlachetnym celem miałaby być realizacja prawa do posiadania dziecka. Zanim przyjrzymy się moralnie temu - tak często podkreślanemu - "prawu do dziecka", warto najpierw uświadomić sobie, jak w życiu ludzkim, tak indywidualnym, jak i społecznym, zgubne byłoby powoływanie się jedynie na szlachetny cel bez oceny moralnej stosowanych środków. Przyjęcie zasady, że dobry cel automatycznie usprawiedliwia każde ludzkie działanie, jest destrukcyjne nie tylko dla etyki, ale dla całego życia społecznego. W ten sposób można próbować usprawiedliwić wszelkie złe działanie, różnego rodzaju wojny i niesprawiedliwości.

3. Czy istnieje tzw. "prawo do dziecka" i jaki ono ma charakter?
Zwolennicy sztucznego zapłodnienia bardzo często powołują się na prawo rodziców do posiadania dziecka. Podkreślają z jednej strony altruistyczne nastawienie lekarzy, którzy chcą przecież nieść pomoc w tak ważnych i trudnych okolicznościach życia małżeńskiego, a z drugiej - krytycznie odnoszą się do stanowiska Kościoła, który - tak twierdzą - sprzeciwia się szczęściu małżonków, którzy pragną zostać rodzicami.
Czy naprawdę istnieje prawo do dziecka, które można zestawić z prawem do własnego mieszkania i z wieloma innymi prawami społecznymi? Czy można sprowadzić dziecko jedynie do roli przedmiotu, do którego się ma prawo, niezależnie od okoliczności? Najpierw trzeba zdecydowanie podkreślić, że pragnienie dziecka jest czymś wspaniałym i godnym pochwały, choć trzeba je rozpatrywać w odniesieniu do innych wartości życia ludzkiego i małżeńskiego. Pragnienie dziecka może być samo w sobie czymś ogromnie wartościowym, ale wcale to nie oznacza, że w ten sposób można niejako automatycznie zaakceptować sztuczne zapłodnienie.
Dzisiaj - w epoce konsumizmu i materializmu praktycznego - chęć posiadania dziecka jest często stawiana na tej samej płaszczyźnie, co chęć posiadania innych dóbr materialnych. Istnieje wiele groźnych przykładów rodziców, którzy traktują dzieci jako swoją własność i wydaje się im, że mogą z nimi czynić, co chcą. Z tej perspektywy trzeba patrzeć na narastającą agresję wobec dzieci (bardzo małych dzieci!). Podtrzymywanie fałszywego przekonania, że dziecko się rodzicom "należy", że mają do tego niczym nieograniczone prawo, w sposób bardzo istotny zafałszowuje relację do dzieci.
Rozumiemy dobrze, że nie wszyscy ludzie podzielają chrześcijańskie przekonanie, iż dziecko jest darem Boga, że wprawdzie rodzice uczestniczą w poczęciu nowego życia, ale ich zdolność do przekazania życia jest uczestnictwem w stwórczym działaniu Boga. Czy jednak z innej - czysto ludzkiej - perspektywy nie można na serio rozważać, że dziecko nie jest i nie może być własnością rodziców, bo żaden człowiek nie może być zawłaszczony przez drugiego? Warto rozważyć przynajmniej niektóre aspekty tego, co głosi Kościół we wspomnianej Instrukcji "Donum vitae", że "małżeństwo nie przyznaje małżonkom prawa do posiadania dzieci, lecz tylko prawo do podjęcia takich aktów naturalnych, które same przez się są przyporządkowane przekazywaniu życia. Prawdziwe i właściwe prawo do dziecka sprzeciwiałoby się jego godności i naturze. Dziecko nie jest jakąś rzeczą, która należałaby się małżonkom i nie może być uważane za przedmiot posiadania. Jest raczej darem, i to 'największym', najbardziej darmowym małżeństwa, żywym świadectwem oddania się wzajemnego jego rodziców" (II B, 8).
Zwolennicy sztucznego zapłodnienia szermują w tym kontekście prawem małżonków do szczęścia, które jest związane z posiadaniem dziecka. Dlatego wypominają Kościołowi, że staje na drodze szczęścia ludzkiego, sprzeciwiając się sztucznemu zapłodnieniu. Czy jednak takie kategorie, jak szczęście i zadowolenie, i to odczytywane z perspektywy psychologicznej i socjologicznej, mogą stanowić fundament rozstrzygnięć na płaszczyźnie etycznej? Czy to nie prowadzi do zupełnej subiektywizacji etyki i kolejnego potwierdzenia, że cel uświęca środki?

4. Czy zapłodnienie in vitro jest leczeniem bezpłodności?
To jeden z częstszych argumentów za sztucznym zapłodnieniem. Przecież - twierdzi się - zadaniem lekarza jest pomagać ludziom chorym, a ponieważ bezpłodność jest chorobą, to lekarz nie może przejść obojętnie nad tą sprawą. Rzeczywiście, bezpłodność jest poważną chorobą i lekarze powinni podejmować wysiłek w celu jej wyleczenia. Istnieje dzisiaj wiele sposobów leczenia bezpłodności; niektóre z tych terapii są długie i uciążliwe. Ale sztuczne zapłodnienie do nich nie należy, albowiem nie ma charakteru ani terapeutycznego, ani nawet profilaktycznego. Małżonkowie poddający się zapłodnieniu in vitro są nadal jako para małżeńska bezpłodni. Ludzie mediów nie powinni więc stwarzać mylnego przekonania, że to działanie medyczne jest prawdziwie leczeniem bezpłodności.
Trzeba też koniecznie podkreślić, że lekarz, który naprawdę jest w służbie życia ludzkiego, nie może zapominać nigdy, że jest także odpowiedzialny za to życie, które dopiero co się zaczęło, jest w stadium embrionalnym, ale jest życiem ludzkim, a nie tylko materiałem biologicznym. To prowadzi do jednego za najważniejszych aspektów dyskusji etycznej na ten temat, czyli do pytania o antropologiczny status embrionu ludzkiego.

5. Jaki jest status embrionu ludzkiego? Czy mamy do czynienia jedynie z materiałem biologicznym?
Dyskusja na ten temat jest niezwykle poważna i trudna. Tym bardziej powinna być bardzo dojrzała i odpowiedzialna. Chodzi bowiem o jedno z najważniejszych pytań o człowieka i o jego życie. Kiedy zaczyna się życie ludzkie i czy ono ma od początku charakter życia osobowego? W tym miejscu możemy przedstawić tylko niektóre aspekty tej dyskusji, wzywając do jej prowadzenia na miarę naszej wspólnej odpowiedzialności za przyszłość człowieka.
Nie jest prawdą, że konieczna jest wiara religijna, aby uznać, że prawdziwe życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia, a więc w chwili zapłodnienia komórek rozrodczych. Nie ulega jednak wątpliwości, że tego zagadnienia nie da się rozstrzygnąć jedynie na podstawie nauk biologicznych i medycznych. Te nauki - zwłaszcza genetyka - dostarczają wprawdzie bardzo istotnych informacji, które mogą stanowić podstawę dla refleksji typu filozoficznego i etycznego, ale same z siebie nie są w stanie rozstrzygnąć kwestii osobowego charakteru tego życia, bo to przekracza granice ich kompetencji.
W świetle danych tych nauk w żaden sposób nie da się jednak utrzymać twierdzenia, że nowo poczęte życie jest tylko częścią organizmu matki lub też jedynie zespołem komórek. Nie można też mylić komórek rozrodczych, których specyfiką jest posiadanie jedynie połowy "wyposażenia" genetycznego, z komórką zapłodnioną, w której tworzy się zupełnie nowy, odrębny od obojga rodziców, kod genetyczny, który wyznacza potencjalnie wszystko to, co potem będzie rozwijało się w człowieku. Mamy więc od początku do czynienia z jedynym i niepowtarzalnym genomem, który będzie wyznaczał tożsamość biologiczną człowieka na całe życie.
To na tym tle rodzi się dalsza dyskusja, która ma już charakter filozoficzny i teologiczny, a która próbuje ustalić, czy temu życiu ludzkiemu (bo to z pewnością jest nowe, odrębne życie ludzkie) można przyznać tę samą godność i nienaruszalność, jak dziecku, które już się urodziło? Chrześcijanie mogą odwołać się tu do światła wiary i uznać, że jedność duchowo-cielesna, która wyznacza istotę człowieczeństwa, istnieje od początku zapłodnienia, bo nie ma ciała i życia prawdziwie ludzkiego bez wymiaru duchowego. Ludzie inaczej wierzący i niewierzący muszą jednak pytać się, czy istnieją jakiekolwiek podstawy, by przyjąć, że osobowe życie ludzkie zaczyna się na jakimś późniejszym etapie rozwoju, skoro w zapłodnionej komórce jajowej znajduje się już wszystko to, co decyduje o człowieczeństwie? Nie może stać się człowiekiem "coś", co nie było nim od początku. Nie wolno mylić ewolucyjnej filogenezy z ontogenezą konkretnego człowieka.
W ujęciu niektórych nurtów filozoficznych odmawia się embrionowi statusu i godności osobowej ze względu na niemożność spełniania określonych aktów osobowych. Gdyby człowiek rzeczywiście był tylko wtedy osobą, gdy jest zdolny do aktów o charakterze duchowym, musiałoby się odmówić tej godności maleńkim dzieciom, chorym umysłowo, niektórym starszym lub chorym ludziom, którzy utracili już świadomość. Trzeba dobrze zdawać sobie sprawę z konsekwencji takiej mętnej filozofii, bo ona - prędzej czy później - uderzy rykoszetem w wielu z nas dorosłych, kiedy będziemy chorzy lub starsi.
Ludzie wierzący powinni wsłuchać się w głos Kościoła, który stwierdza wyraźnie: "Owoc przekazywania życia ludzkiego od pierwszego momentu swego istnienia, a więc począwszy od utworzenia się zygoty, wymaga bezwarunkowego szacunku, który moralnie należy się każdej istocie ludzkiej, w jej integralności cielesnej i duchowej. Istota ludzka powinna być szanowana i traktowana jako osoba od momentu swego poczęcia i dlatego od tego samego momentu należy jej przyznać prawa osoby, wśród których przede wszystkim nienaruszalne prawo każdej niewinnej istoty ludzkiej do życia". I Instrukcja dodaje: "Wspomniana nauka dostarcza kryterium podstawowego dla rozwiązań różnych problemów powstałych z rozwojem nauk biomedycznych w tej dziedzinie, ponieważ embrion powinien być traktowany jako osoba, musi on być również chroniony w swej integralności i leczony w granicach możliwych, jak każda inna istota ludzka podległa opiece lekarskiej" (Instrukcja "Donum vitae" I, 1).
Wielu ludzi podkreśla jednak, że ma tutaj wątpliwości i że współczesna dyskusja na ten temat ich nie przekonuje. Wówczas konieczne jest odwołanie się do niezwykle ważnej zasady etycznej, że człowiek nie powinien działać w sytuacji wątpliwości i powinien szukać przynajmniej pewności moralnej, że nie czyni ewidentnego zła. Jeśli więc nawet ktoś wątpi, czy życie zaczyna się od poczęcia, a nigdy żadna nauka nie dostarczy mu argumentu, że tak nie jest, to wówczas w obawie, że jego działanie mogłoby nieść ze sobą zabójstwo niewinnej istoty ludzkiej, powinien chronić życie od poczęcia.
Jeśli uzna się godność osobową ludzkich embrionów, to nie do przyjęcia z perspektywy etycznej jest wykorzystywanie ich jedynie jako "materiału biologicznego". Nie można też poświęcać jednego życia, aby mogło się narodzić inne. Taka manipulacja medyczna narusza nie tylko godność embrionów, ale także w sposób istotny burzy fundament życia społecznego. Przecież ład społeczny opiera się na poszanowaniu godności każdej ludzkiej istoty.
Warto też podkreślić, że chodzi tu również o właściwe poszanowanie ciała ludzkiego, które nie jest jedynie zespołem tkanek i narządów i nie może być oceniane na równi z ciałem zwierząt, albowiem uczestniczy ono w godności całego człowieka. Nawet w swej cielesności embrion nie powinien być więc traktowany jako materiał poddany dowolnej manipulacji.
W związku z tym jednym z najważniejszych i najtrudniejszych problemów w odniesieniu do zapłodnienia in vitro jest kwestia tzw. "nadliczbowych embrionów". Chodzi o to, że do zapłodnienia "w probówce" bierze się zawsze większą ilość żeńskich komórek rozrodczych i dokonuje się ich zapłodnienia, a następnie niektóre z nich przenosi się do organizmu kobiety, a inne zamraża, zakładając ewentualność, że mogą się one jeszcze "przydać" w razie niepowodzenia pierwszej próby. Trzeba też pamiętać, że po przeniesieniu do organizmu matki dwu lub trzech embrionów w przypadku udanego zagnieżdżenia się wszystkich embrionów, lekarz po pewnym czasie pozostawia zazwyczaj tylko jeden z nich, pozostałe zaś usuwa (dokonuje więc aktu aborcji). Przy udanym zapłodnieniu, lekarz staje przed problemem pozostałych zamrożonych embrionów. Czy ma je tak pozostawić w nieskończoność czy ma je zniszczyć? Czy może użyć je do eksperymentów? Jeśli się uzna osobowy status embrionu, to takie rozwiązania są nie do przyjęcia.
Zwolennicy zapłodnienia in vitro, chcąc rozwiązać problem niszczenia "pozostałych embrionów", powołują się bezzasadnie na naturę, gdyż - jak się twierdzi - bardzo wiele zapłodnionych w naturalny sposób embrionów nie zagnieżdża się w łonie matki, a więc obumiera. Tymczasem porównanie z procesami naturalnymi nie może tu być żadnym argumentem. Kto implantuje 3-4 embriony z założeniem, że tylko jeden z nich będzie miał prawo dalej się rozwijać, ten równocześnie zakłada z góry śmierć pozostałych. W sytuacji naturalnej chodzi natomiast zawsze o embrion, który albo się zagnieździ i będzie się rozwijał, albo z jakichś racji nie będzie miał tej możliwości. Przy zapłodnieniu in vitro lekarz wyrokuje o życiu lub śmierci. Wskazywanie, że coś zachodzi w naturze, nie jest w najmniejszym stopniu argumentem, że człowiek może coś podobnego dobrowolnie i odpowiedzialnie czynić. Wszyscy ludzie - zgodnie z naturą - są "skazani" na śmierć, ale to nie znaczy przecież wcale, że człowiek ma prawo zabijać drugiego człowieka.

6. Dlaczego Kościół sprzeciwia się sztucznemu zapłodnieniu w ramach pary małżeńskiej?
Obok fundamentalnej prawdy o konieczności poszanowania życia ludzkiego od jego poczęcia, istotne kryterium osądu moralnego sztucznego zapłodnienia stanowi wizja małżeństwa. Zdajemy sobie sprawę, że wielu ludzi nie podziela katolickiej wizji małżeństwa i odpowiedzialnego rodzicielstwa. Ale warto je przynajmniej lepiej poznać i próbować zrozumieć. Niektórzy lekarze i część ludzi mediów całkowicie lekceważą przekonania osób wierzących; co więcej, sądzą, że ich rolą jest doprowadzenie do ich odrzucenia przez fałszywe prezentowanie nauczania Kościoła.
Kościół głosi, że małżeństwo - z woli Bożej - jest wspólnotą osób, która została powołana do przekazywania życia poprzez wzajemny dar z siebie. Miłość małżeńska staje się naturalnym "środowiskiem" dla rodzącego się życia i jest podstawą do tworzenia komunii osób w wymiarze rodzinnym: we wspólnocie rodziców i dzieci. W imię tej prawdy Kościół sprzeciwia się zarówno stosowaniu środków antykoncepcyjnych, jak i sztucznemu zapłodnieniu. Kościół naucza, że przekazywanie życia zostało powierzone przez naturę aktowi osobowemu i świadomemu, że powinno ono być owocem i znakiem wzajemnego oddania osobowego małżonków. Kto w akcie małżeńskim, który z natury swej może prowadzić do prokreacji, widzi jedynie akt czysto biologiczny, czy fizjologiczny, ten nie może zrozumieć dlaczego rozdzielenie samego zjednoczenia seksualnego od funkcji prokreacyjnej miałoby mieć charakter wewnętrznie niemoralny.
Dlatego nie można osobowego aktu małżeńskiego zastąpić działaniem technicznym, bo wówczas następuje instrumentalizacja. Trzeba tu koniecznie odróżnić to, co jest warunkiem, od tego, co jest przyczyną. Stosunki małżeńskie stanowią jedynie warunek, by mogło nastąpić zapłodnienie, ale nie są one przyczyną - w ścisłym tego słowa znaczeniu - powstania nowego życia ludzkiego. Tymczasem lekarz w przypadku zapłodnienia in vitro czyni siebie „panem” ludzkiego życia. Już Jan XXIII napisał w encyklice "Mater et Magistra": "W tej sprawie uroczyście ogłaszamy, że życie ludzkie powinno być przekazywane poprzez rodzinę założoną przez małżeństwo, jedno i nierozerwalne, podniesione dla chrześcijan do godności sakramentu. Przekazywanie życia ludzkiego jest powierzone przez naturę aktowi osobowemu i świadomemu i jako takie jest poddane najmędrszym prawom Bożym, prawom niezłamalnym i niezmiennym, które wszyscy powinni przyjąć i zachowywać. Nie można więc używać środków ani iść metodami, które mogą być dozwolone w przekazywaniu życia roślin i zwierząt. Niech więc wszyscy uważają życie ludzkie za święte, a to dlatego, że od samego początku wymaga działania Boga Stwórcy" (nr 193).
Pragniemy podkreślić, że jeśli nawet nie przyjmuje się takiej wizji małżeństwa i przekazywania życia, to konieczne jest dopuszczenie tego typu argumentacji do współczesnej dyskusji, aby przynajmniej sumienia ludzi wierzących mogły być kształtowane w oparciu o pełne nauczanie Kościoła. Katolicy powinni mieć przynajmniej możność zapoznania się - w ramach prowadzonej dyskusji - z następującym stanowiskiem Kościoła: "Przekazywanie życia jest jednak pozbawione, z moralnego punktu widzenia, swej własnej doskonałości, jeśli nie jest chciane jako owoc aktu małżeńskiego, to jest specyficznego działania jedności małżonków [...]. Zapłodnienie dokonane poza ciałem małżonków zostaje pozbawione przez to samo znaczeń i wartości, które wyrażają się w języku ciała i w zjednoczeniu osób ludzkich [...]. Pochodzenie osoby ludzkiej jest w rzeczywistości rezultatem oddania się. Poczęte dziecko winno być owocem miłości swoich rodziców. Nie może być pożądane i poczęte jako wynik interwencji technik medycznych i biologicznych; oznaczałoby to sprowadzenie go do poziomu przedmiotu technologii naukowej. Nikt nie może uzależniać przyjścia na świat dziecka od warunków skuteczności technicznej, ocenianej według parametrów kontroli i panowania" (Instrukcja "Donum vitae", II B, 4).

7. Czy odrzucenie przez Kościół sztucznego zapłodnienia jest równoznaczne z odrzuceniem godności dziecka, które w ten sposób przyszło na świat?
Ludzie mediów nie powinni mieszać tu dwu odrębnych kwestii. Ani brak etycznej akceptacji metod sztucznego zapłodnienia nie oznacza odrzucenia godności tak poczętego dziecka, ani też szacunek dla dziecka "z próbówki" nie oznacza - nawet częściowej - akceptacji stosowanych metod. Taki nieuprawniony wniosek próbowano wyciągać z faktu (bardzo nagłaśnianego przez media), że Kościół chrzci dzieci, które są owocem sztucznego zapłodnienia. Tak więc odrzucenie wszelkich form sztucznego zapłodnienia nie oznacza jakiejkolwiek dyskryminacji, czy też odrzucenia kogokolwiek, kto na tej drodze przyszedł na świat, albowiem każde dziecko ma być przyjęte jako żywy dar dobroci Bożej i powinno być wychowywane z miłością.

8. Dlaczego nie podejmujemy na serio dyskusji o adopcji dzieci?
W dyskusjach na temat sztucznego zapłodnienia bardzo łatwo zbywa się podnoszony przez niektórych argument, że chęć posiadania dziecka można zaspokoić na drodze adopcji. Czyni się to w sytuacji, kiedy w naszym społeczeństwie żyje bardzo wiele dzieci pozbawionych ciepła i opieki ze strony rodziców.
Trzeba wprawdzie odnieść się ze zrozumieniem do trudności natury nade wszystko psychologicznej (emocjonalnej), które sprawiają, że nie wszystkie małżeństwa są gotowe na adopcję "obcych" dzieci, gdyż chciałyby posiadać "swoje". Nie można jednak nie widzieć pewnych istotnych konsekwencji uporczywego trwania w przekonaniu, że najważniejsze w miłości rodzicielskiej są więzy krwi i wspólnota dziedzictwa genetycznego. To może być groźne dla kształtowania się właściwych relacji międzyludzkich w społeczeństwie, bo w tle tych przekonań pojawiają się elementy rasistowskiego fundamentu życia społecznego. Dlatego konieczny jest wspólny wysiłek, także ludzi mediów, by pomagać małżonkom w ich jak najpełniejszym otwarciu się na duchowy wymiar macierzyństwa i ojcostwa.
Przy tej okazji trzeba też mówić o wartości małżeństw, które bez własnej winy są bezdzietne. Kościół, który zachęca małżonków do tego, by otwierali się na dar dziecka, jednocześnie wskazuje na duchowe możliwości tych, którzy nie mogą mieć własnych dzieci, a z jakichś istotnych powodów nie zdecydowali się na adopcję. Podkreśla, że dobro małżeństwa nie zależy jedynie od tego, czy małżonkowie staną się biologicznie rodzicami, lecz od tego, czy potrafią być duchowo płodni. Dlatego też biologiczna bezpłodność staje się zaproszeniem do podjęcia innych ważnych zadań, w których wyrazi się ich zdolność do miłości w odniesieniu do innych osób. Może to dokonać się przez zaangażowanie w różne formy wychowania, jak choćby przez pomoc innym rodzinom, dzieciom opuszczonym lub upośledzonym.

9. Dlaczego warto rozmawiać o koncepcji człowieka w rozwiązywaniu kwestii etycznych?
Wszelkie szczegółowe rozstrzygnięcia etyczne powinny opierać się na całościowej wizji człowieka. Dlatego - jak podkreśliliśmy to wyżej - warto spierać się o człowieka, by wspólnie odnaleźć jak najpełniejszą wizję człowieka i życia ludzkiego. Zapewne w wielu kwestiach bardziej szczegółowych, w niektórych aspektach człowieczeństwa, nie dojdziemy do pełnego porozumienia, ale czy warto rezygnować z wysiłku? Powyższe szczegółowe odniesienia do sztucznego zapłodnienia są wyraźnym potwierdzeniem, jak konieczne jest całościowe spojrzenie na człowieka, bo tylko w tym świetle możliwe jest właściwe odczytanie godności osoby ludzkiej i jej fundamentalnych praw.
Dzisiaj - nade wszystko z racji narastającej specjalizacji w różnych dziedzinach nauki i życia społecznego – istnieje niebezpieczeństwo, że na wiele spraw będziemy patrzeć zbyt jednostronnie, aspektowo. W sprawach sztucznego zapłodnienia nie wystarczy zatrzymać się na aspektach biologicznych i medycznych, psychologicznych i socjologicznych, konieczne jest uwzględnienie całościowej wizji człowieka, bo tylko wtedy ocena etyczna będzie w pełni uprawniona.

10. Dlaczego media nie powinny się cieszyć, że tylu ludzi wierzących nie przyjmuje moralnego nauczania Kościoła?
Najpierw trzeba z przykrością stwierdzić, że wielu ludzi mediów (i polityki) nie potrafi nawet ukryć wątpliwej skądinąd satysfakcji, że nauczanie moralne Kościoła jest kontestowane również przez wielu z tych, którzy uznają siebie za członków tego Kościoła.
Wątpliwy charakter tej satysfakcji wiąże się z jednej strony z tym, że w życiu społecznym nigdy nie sprawdzają się ludzie wewnętrznie rozdarci, niejako złamani w swoim sumieniu, ludzie, którzy łatwo coś deklarują, a nie idą konsekwentnie za tymi deklaracjami. To zawsze rzutuje na inne sfery życia ludzkiego i sprawia, że poszerza się "szara strefa", w której coraz trudniej o jednoznaczne rozróżnienie dobra od zła. Z tym wiąże się druga strona tego "medalu". Bardzo łatwo dziś podważyć lub nawet zniszczyć moralny autorytet Kościoła (podobnie jak innych instytucji życia społecznego), ale co w zamian?
Ludzie mediów powinni mieć świadomość, że nie jest wcale trudną sprawą ukazanie współczesnemu człowiekowi, zwłaszcza młodemu, różnych kuszących wizji i propozycji, które wprawdzie nie odpowiadają godności osoby ludzkiej, ale które pozornie rozwiązują trudne problemy życia. Kościół jest tego świadom i dlatego w odniesieniu do spraw małżeństwa Jan Paweł II napisał przed laty: "Żyjąc w takim świecie, pod presją płynącą głównie ze środków społecznego przekazu, wierni nie zawsze potrafili i potrafią uchronić się przed zaciemnianiem podstawowych wartości i stać się krytycznym sumieniem kultury rodzinnej i aktywnymi podmiotami budowy autentycznego humanizmu rodziny" (FC 7).
Kościół wielokrotnie podkreślał pozytywne znaczenie mediów dla szeroko rozumianej komunikacji społecznej, choć zarazem przestrzegał przed możliwością ich nadużycia. Co więcej, Kościół wskazywał i wskazuje nadal, że jest gotowy współpracować z mediami w różnych dziedzinach życia ludzkiego. Z takiego przekonania wypływa też nasz apel do mediów. Jest wyrazem gotowości do współpracy polskich teologów moralistów.

Ks. prof. dr hab. Janusz Nagórny KUL
Przewodniczący Zarządu

Ks. prof. dr hab. Paweł Góralczyk UKSW
Wiceprzewodniczący Zarządu

Ks. dr hab. Jerzy Gocko, prof. KUL
Sekretarz Zarządu


Lublin-Warszawa 6 stycznia 2006 roku.

Autor: Piotr Kieniewicz
Ostatnia aktualizacja: 30.01.2006, godz. 13:27 - intemor