STRONA GŁÓWNA INSTYTUTU

 

     Źródłem mojego pomysłu było odkrycie piękna sylwetki cerkwi wpisującej się w krajobraz. Wkrótce dostrzegłam, że cały zespół cerkiewny tworzy harmonijne założenie – świątynia, cmentarz przycerkiewny, rosnące wokół drzewa i dalsze otoczenie. Pierwsze takie doznania przeżyłam w Smolniku nad Sanem. Po zachwycie przyszedł czas na odkrycie losów tej świątyni. Wzniesiona prawdopodobnie w 1791 r., a w 1951 r. utraciła swoich gospodarzy – grekokatolików – których przesiedlono do wsi Hawriłowka w rejonie nowoworoncowskim (Ukraina). Zabudowania wsi Smolnik – łącznie z dzwonnicą, która stała przy cerkwi – stopniowo rozebrano. Świątynia przetrwała. Przejęło ją nowozawiązujące się Państwowe Gospodarstwo Rolne i okresowo wykorzystywało do przechowywania siana. Mimo trudnych dla cerkwi czasów, w 1956 r. umieszczono ją w wykazie zabytkowych cerkwi, a w 1969 r. – w rejestrze zabytków, dzięki czemu w latach 1969–1970 możliwe było przeprowadzenie remontu ze środków państwowych. Ciągle jednak pozbawiona była stałej opieki, a tym samym narażona na włamania i dewastacje. W 1973 r. zyskała nowych opiekunów – stała się filialnym kościołem parafii rzymskokatolickiej w Lutowiskach. Od tego czasu gromadzi niewielką grupkę mieszkańców okolicznych osad. W latach 2004–2009 parafia przeprowadziła – nie bez trudu – kosztowny remont i prace konserwatorskie. Z roku na rok coraz więcej turystów przyjeżdża ją zobaczyć. Wielu narzeczonych z całej Polski decyduje się właśnie tu wziąć ślub. W 2013 r. jej urodę doceniło UNESCO, wpisując ją na listę światowego dziedzictwa.
     W miarę poznawania tematu przekonałam się, że cerkwi służących dziś jako kościoły jest znacznie więcej. Niestety część świątyń nie ma gospodarza i stałej opieki. Wiele uległo zniszczeniu w okresie powojennym. Jednym z głównych tego powodów była chęć zatarcia śladów po dawnych mieszkańcach pochodzenia ukraińskiego, przymusowo przesiedlonych po II wojnie światowej do ZSRR, na Dolny Śląsk, Pomorze Zachodnie, Warmię, Mazury. Ale były i inne, bardziej prozaiczne powody – brak zainteresowania, brak pomysłu na wykorzystanie dawnej cerkwi, brak pieniędzy, brak świadomości, że świątynie te są cenne i warte opieki.
     Okazało się także, że jeśli świątynia ma gospodarzy, to są wśród nich ludzie, którzy są w niej po prostu rozkochani i gotowi zrobić dla niej wiele. Są też znawcy i pasjonaci, którzy pochylają się nad każdą z nich i czytają jak z księgi. Są w końcu i tacy, którzy bezinteresownie starają się ratować to co zostało i jest zagrożone – pracują na cmentarzach, robią różnego typu dokumentacje i – co chyba najważniejsze – postanawiają podnosić cerkwie z ruiny. Czemu tak się dzieje? Co takiego jest w tych świątyniach i miejscach, co nie pozwala o nich zapomnieć i zostaje w sercu?
     Te odkrycia stały się głównym bodźcem do powstania wystawy „OPUSZCZONE – RATOWANE greckokatolickie zespoły cerkiewne południowo-wschodniej Polski”. Wystawa ogranicza się do tego obszaru Polski, który należał do historycznej Greckokatolickiej Eparchii Przemyskiej. Obecnie – pośród świątyń wykorzystywanych jako kościoły, nielicznych służących grekokatolikom, wyznawcom prawosławia lub pełniących inne, świeckie funkcje – jest na tym terenie około 35 cerkwi, które nie są użytkowane. Budujące jest to, że w ciągu ostatnich lat, co najmniej 16 cerkwi znalazło opiekunów i dostało szansę na dalsze istnienie, a także to, że w 2013 r. osiem cerkwi wpisano na listę UNESCO.
     Osobnym wątkiem, który nie został rozwinięty na wystawie jest ten, jak wiele świątyń nie przetrwało czasów powojennych. Przed nami pytanie: czy mamy do tej listy dodawać kolejne cerkwie? Mam nadzieję, że wystawa choć w minimalnym stopniu przyczyni się do ponownego przyjrzenia się sprawie, poszukania rozwiązań, poszerzenia grona miłośników tych wyjątkowych świątyń i – co najważniejsze – osób, które będą gotowe zrobić dla nich wiele.

 

Monika Rzepiejewska, marzec 2014

Autor: Ireneusz Marciszuk
Ostatnia aktualizacja: 25.04.2014, godz. 09:34 - Ireneusz Marciszuk