ELŻBIETA JANICKA-OLCZAK: Za moich studenckich lat (1959 – 1964) studia na sekcji historii różniły się nieco od obecnych. Na egzaminy wchodziło się alfabetycznie według listy sporządzonej przez dziekanat. Nikt z nas nie ośmielił się zmienić tego porządku i przyjść w innym niż wyznaczony. Niektórych profesorów po prostu baliśmy się, nikt nie ośmielił się wejść na egzamin kompletnie nieprzygotowany, zresztą podobnie – zapewne – jak dzisiaj.

Jeśli idzie o seminaria magisterskie było ich sześć. Prowadzili je: prof. dr hab. Andrzej Wojtkowski, doc. dr Jerzy Kłoczowski, doc. dr Zygmunt Sułowski oraz z nauk społecznych (historia gospodarcza) prof. dr hab. Czesław Strzeszewski i prof. dr hab. Jan Turowski, a także historyk Kościoła ks. prof. dr hab. Mieczysław Żywczyński. Najwięcej kandydatów miał zawsze prof. A. Wojtkowski. Prowadził on seminarium z historii nowożytnej, a więc źródła wykorzystywane do prac magisterskich były pisane w języku polskim.

Najbardziej baliśmy się ks. prof. Żywczyńskiego. Nieliczni szli tylko na jego seminarium, ale wszyscy musieli u niego zdawać egzaminy z historii powszechnej XIX i XX wieku. Na egzaminy wchodziło się czwórkami i często cała czwórka wychodziła z oceną niedostateczną wpisaną do indeksu.
Przed egzaminem każdy musiał pisać tzw. klauzurówkę na jeden z trzech tematów ustalonych przez promotora. Był to równocześnie rodzaj sprawdzianu czy student pisał samodzielnie pracę magisterską.
Podręczników do nauki było o wiele mniej aniżeli dzisiaj. Niektóre z nich były tłumaczeniami z języka rosyjskiego, zwłaszcza do historii starożytnej. Toteż uczyliśmy się z podręczników wydanych przed wojną. Były one dostępne w Zakładzie Historii i Bibliotece Uniwersyteckiej KUL w niewielkich ilościach. Dlatego zabronione było ich wynoszenie poza czytelnię.

Niemal wszystkie studentki historii, podobnie jak i innych sekcji, mieszkały w akademikach na tzw. Poczekajce. Istniały wówczas dwa dwupiętrowe bloki: A i B. W pokojach mieszkało nawet po osiem osób. Zimą, aby było w nich ciepło, studentki musiały przed wyjściem na Uczelnię dostarczyć z piwnicy węgiel, aby siostra Akwina mogła napalić w kaflowych piecach. Ciepłej wody nie było w kranach. W suterenie był kocioł z gorącą wodą, którą w wiadrach donosiłyśmy do łazienek. Warunki więc były dość spartańskie. Ale któż z nas dziś powie, że było źle?
Kolegów dziewczęta mogły przyjmować w świetlicy, w pokojach mogły ich gościć jedynie w wyjątkowych okazjach. W świetlicy, a latem w parku na Poczekajce często były organizowane spotkania towarzyskie. W dniach uroczystości uniwersyteckich mieszkanki akademików odwiedzał Rektor ks. prof. Marian Rechowicz, a w dniu inauguracji także Prymas Stefan kardynał Wyszyński.


Studentów na uczelni było znacznie mniej niżeli dzisiaj. Powodowały to limity wyznaczone przez ministerstwo komunistycznego rządu. Toteż niemal wszyscy studenci się znali. Mój rok liczył 60 osób, ale już w kilka lat później dozwolone było przyjmować na historię 30, a nawet 25 osób. Limitem nie była objęta jedynie teologia. Na historii przeważali zdecydowanie panowie, którzy byli bardzo czynni w organizacjach studenckich: Kole Historyków, Zrzeszeniu Studentów Polskich i PTTK (innych organizacji na KUL–u nie było). Oni to zazwyczaj organizowali różne imprezy. Warto w tym miejscu wspomnieć studenckie bale karnawałowe, ściągające młodzież i spoza KUL–u. Bal rozpoczynał się polonezem prowadzonym przez doc. Z. Sułowskiego i prof. Irenę Sławińską z Filologii Polskiej. Wodzirejem bywał również doc. Antoni Maśliński z Historii Sztuki. Śmiało można powiedzieć, że spotkań, organizowanych na historii przez bardzo czynne Koło Historyków, było dużo: uroczyste opłatki sekcyjne (każdy student otrzymywał torebkę słodyczy, czyli tzw. „paczkę”), otrzęsiny, sesje naukowe oraz wykłady osób spoza naszej Uczelni, nie mówiąc już o dwóch wycieczkach w ciągu każdego roku. Wyjazdy naukowe były obowiązkowe, ujęte w programie studiów – stąd darmowe. Dla I roku była wycieczka jednodniowa, z czasem nawet trzydniowa, a na II roku trzydniowa, z czasem dochodząca do ośmiu dni (zazwyczaj autokarowa po Małopolsce, Wielkopolsce bądź Śląsku).
Jednym słowem patrząc z perspektywy czasu, życie studenckie materialnie było o wiele uboższe aniżeli dzisiaj, obfitujące za to w innego rodzaju przeżycia, m.in. pozwalające głębiej przeżuwać patriotyzm przeciwstawiając się ówczesnej rzeczywistości pełnej także donosicieli do „bezpieki”, rekrutujących się nierzadko spośród studentów. Skutku donosicielstwa jako pracownica doznałam osobiście razem z moim obecnym mężem. Tylko 48 godzin spędzonych w areszcie (w piwnicach na ul. Narutowicza 71) pozwoliło bardziej zrozumieć niektóre fakty historyczne, zwłaszcza rewolucje. Pozwoliło też rozpoznać niektórych „osobników”, często w stanie nietrzeźwym, strzegących systemu zapewniającego nam „raj na ziemi”. Ale to już inna historia.

 

Autor: Liliana Kycia
Ostatnia aktualizacja: 09.04.2013, godz. 12:19 - Iwona Pachcińska