:: Katedra Prawa Unii Europejskiej ::

WYJAZDY STUDENTÓW EUROPEISTYKI W RAMACH PROGRAMU ERASMUS

 

 

Sylwia Bulak

Wyjazd do Budapesztu w II semestrze roku akad. 2009/2010

 

     Po kilku miesiącach rozmyślań, czy warto jechać,  zastanawiania się, czy wszystko się ułoży i gorączkowych przygotowaniach połączonych z przyśpieszoną sesją, z początkiem lutego 2010 roku nasza stopa w końcu stanęła w Budapeszcie.  Pierwszy widok nie był imponujący. Zwykła szara ulica przykryta równie szarym mostem.  Zmęczenie podróżą, sterta bagaży i  mieszkanie, które już po kilku dniach zdecydowaliśmy się zmienić.  Cóż, początki bywają różne.  Wystarczył jednak jeden spacer nad Dunaj, bym zrozumiała -  jestem w raju!... Tak zaczęła się największa przygoda naszego studenckiego życia.

     Czy da się w kilku zdaniach opisać wszystko, co przeżyliśmy w ciągu ostatniego semestru?... Ludzie z całego globu, Francuzi i Niemcy razem z Turkami i Litwinami, Amerykanie, przedstawiciele Meksyku , Argentyny, Australii i … Chińczyk.  Świat w pigułce.  I my wśród nich, reprezentanci kraju z biało-czerwoną flagą,  uczący polskich słówek, zbierający pochwały za Kraków i pierogi, dopisujący kolejny rozdział do polsko-węgierskiej przyjaźni.  W tle piękne miasto, w którym nie sposób wybrać jednego ulubionego miejsca.

     Erasmus – kiedyś  nieznana i tajemnicza nazwa, dziś oznacza dla mnie bardzo wiele. Połączenie szkoły językowej ze szkołą życia.  Okazja, by usłyszeć  od Włocha historię pierwszej pizzerii, poznać angielskiego dżentelmena, doktora prawa UE, zabawniejszego niż cały Monty Python, nauczyć się tańca Zorby  prosto od Greczynki. Studia w obcym języku, a jednocześnie wspaniała zabawa. Zabawa, a zarazem dorosłe życie z dala od domu i odnajdywanie się w nowej rzeczywistości. 

     W Budapeszcie po raz pierwszy słuchałam włoskiej opery i wędrowałam w ciasnych korytarzach jaskini kilka metrów pod ziemią. Poznałam kraj, w którym zakup karty do telefonu wymaga podpisania trzy stronnicowej umowy, lecz dozwolone jest przechodzenie na czerwonym świetle. Widziałam teatr przypominający statek, bibliotekę o wystroju pałacu i najpopularniejszy pub, w którym siada się na dziurawych krzesłach i wśród pomazanych ścian. Sprawdziłam swój angielski w wielu sytuacjach z życia codziennego o każdej prawie porze dnia i nocy, i choć wiele razy nie byłam dumna z jego znajomości, za każdym było coraz lepiej. Przekonałam się, że Europejczyków łączy coś więcej niż tylko zamieszkiwanie jednego kontynentu. Patrząc na Erasmusów zgromadzonych zgodnie przy jednym stole, trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest się świadkiem czegoś niesamowitego. Po latach wojen i podziałów, młode pokolenie buduje nową jakość, bez uprzedzeń i wrogości. W takiej Europie naprawdę chce się żyć.        

     Minusy Erasmusa? Jest jeden. Kiedyś trzeba wrócić. Pozostaje sieć kontaktów na Facebooku, setki zdjęć i cicha nadzieja, że wkrótce powstanie nowy program - Erasmus 2 dla weteranów!

 

plac_bohater-w_120  widok_ze_wzg-rza_gellerta_120  przed_nasz_uczelni_120

Autor: Paweł Wojtasik
Ostatnia aktualizacja: 02.03.2011, godz. 11:41 - Marta Ordon