HENRYK WĄSOWICZ: Wspomnień związanych z przebiegiem studiów pozostaje zawsze wiele. W tym miejscu chcę wrócić jedynie do niektórych z nich. Pierwsza refleksja odnosi się do liczby studentów historii na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W porównaniu ze stanem dzisiejszym nasze roczniki liczbowo były bardzo chude. Młodsze liczyły około dwudziestu kilku osób, zaś rok czwarty i piąty, według nas – prawdziwa historyczna elita intelektualna, to było kilkunastu studentów, prawdziwych miłośników historii, którzy oparli się wszelkim burzom i przeciwnościom losu i dopięli swego. Z pewnym zdziwieniem i niedowierzaniem słuchaliśmy wówczas opowieści naszych profesorów, jak to w latach powojennych studiowało historię na roku nawet ponad pięciuset studentów.
Ważną stroną każdych studiów są zawsze sprawy socjalne. Spośród nich na pierwsze miejsce wybijają się stancje i kwatery. Moje życie studenckie związane było z akademikiem. Nie muszę mówić, że instytucja ta pomimo wielu wad i zalet doskonale integruje mieszkańców, jeśli nie całego domu to co najmniej piętra czy pokoju i jest dobrą szkołą życia we wspólnocie. Wokół niektórych mieszkańców krążyły przedziwne legendy i opowieści o ich niezwykłych dokonaniach, jak konsumpcja całego słoja słodkich powideł jedynie z cienką kromką chleba, czy też jajecznicy z sześćdziesięciu jaj. Wszystko to miało się jakoby odbyć na oczach wielu świadków, płacących nawet za bilety uprawniające do obejrzenia tych niezwykłych wydarzeń odpowiednio zaaranżowanych przez życzliwych kolegów.
Uniwersytet posiadał w tamtych czasach jedynie jeden męski dom studencki, mieszczący się w trzypiętrowej kamienicy przy ul. Sławińskiego 8 (dziś Niecała) . Naprzeciwko tego domu znajdowało się pogotowie ratunkowe. Jego działalność objawiała się wyciem syren karetek o każdej porze dnia i nocy. Przez pierwszych kilka miesięcy nijak nie dawało się to pogodzić z normalnym życiem i odpoczynkiem, nie mówiąc już o tak zwanej cichej nauce. Jednak po pewnym czasie wszyscy obojętnieliśmy na hałas kolumny sanitarnej polskiej służby zdrowia. W porównaniu z dzisiejszymi standardami domów akademickich, ten z naszych czasów jawił się nieco odmiennie. Na podwórku od strony oficyn znajdowała się zawsze góra węgla lub koksu, zwożonego tam od późnego lata. Służył on przez całą zimę do palenia w piecach zainstalowanych w każdym pokoju, gdyż o centralnym ogrzewaniu można było tylko pomarzyć. Mam wciąż w mej pamięci swoiste umeblowanie pokoi, jakie rzuciło się w oczy po przekroczeniu progu pokoju. Były to duże piętrowe wojskowe łóżka wykonane z grubych kątowników, gdzie zamiast sprężyn były skrzyżowane płaskie kawałki metalu. Prawdopodobnie pamiętały one czasy pierwszej wojny światowej, kiedy to mogły służyć żołnierzom w koszarach austriackich, znajdujących się w gmachu Uniwersytetu. Ustawione w szeregach w dużych pokojach na 8 – 12 studentów, stanowiły solidne podstawy naszej egzystencji. Chcąc zwiększyć powierzchnię mieszkalną niektórzy próbowali ustawić je w trzy piętra, gdyż pokoje były wysokie. Ale kiedy jeden z kolegów schodząc zaspany z tej piramidy spadł i złamał rękę, praktyki te zostały zabronione przez kierownictwo akademika. Najmniejsze – 4–osobowe pokoje, a było ich zaledwie kilka, okupowała studencka arystokracja, czyli koledzy 4 i 5 lat studiów, udzielający się czynnie w ruchu studenckim, zarówno naukowym jak i społecznym. Była to swoista nagroda za ich wkład pracy w życie społeczności uniwersyteckiej. Warto tu nadmienić, iż gościnny wstęp do akademika mieli wyłącznie koledzy, koleżanki mogły wejść jedynie do portierni. Krążyły wśród nas opowieści, że taki niesprawiedliwy stan był stworzony na wyraźne życzenie fundatora gmachu, który zabronił wszelkich wizyt płci odmiennej, Dopiero na początku lat siedemdziesiątych  płeć piękna uzyskała prawo odwiedzin. Był to skutek kilkuletnich zabiegów u najwyższych władz Uniwersytetu samorządu mieszkańców, zwanego wówczas radą mieszkańców.
Szczególne znaczenie w moim rozwoju naukowym miało Koło Historyków Studentów KUL, bo tak w moich studenckich czasach brzmiała jego pełna nazwa. Było ono wtedy instytucją szczególną. Posiadało roczny budżet w wielkości, kto wie, czy nie dorównującej dzisiejszemu budżetowi Instytutu Historii i działało bardzo prężnie w studenckim ruchu naukowym, zarówno w Uniwersytecie, jak i na arenie ogólnopolskiej. Było członkiem Komitetu Integracyjnego Kół Naukowych Historyków. Z uwagi na swoje zasługi, jako jedno z niewielu Kół naszej Uczelni posiadało własny, bardzo duży jak na ówczesne warunki, lokal. Znajdował się on na parterze przy klatce schodowej południowej strony gmachu i oznaczony był numerem 5 A. Był to długi i niezbyt szeroki pokój, ciągnący się przez całą szerokość budynku z załamaniem w kierunku południowym, tworzącym niewielką pakamerę i swoim rzutem poziomym przypominał dużą literę „L”. W tym miejscu warto wspomnieć, że pakamera została przez nas nazwana „lokalem 5 B”. W tym lokum mieściły się wszystkie agendy Koła i spory, bo liczący ponad tysiąc wolumenów księgozbiór, zamknięty w wielkiej szafie. W lokalu 5 B była pracownia fotograficzna Koła z pełnym osprzętem w postaci kuwet, koreksów, powiększalnika itp. Istnienie pracowni było związane z tradycją tworzenia dokumentacji fotograficznej o działalności Koła. Najbardziej prestiżową formą działania było uczestnictwo w sesjach i spotkaniach naukowych organizowanych przez różne środowiska uniwersyteckie. Spośród nich wspomnę tylko o jednym, które organizowane corocznie było swoistą nagrodą dla najlepszych. Organizatorem tego zdarzenia naukowego było Koło Historyków Uniwersytetu Warszawskiego, a miejscem jedno z tatrzańskich schronisk. Nie trudno się domyślić, że do referatów uczestnicy sympozjum dołączali narty. Z wiadomych względów obrady odbywały się z zasady po południu. Warto też wspomnieć o organizowanych przez Koło objazdach naukowych. Wybierano się wynajętym autokarem na co najmniej tydzień w różne regiony Polski. Była to szczególna integracja studencka. podróż pełna naukowych wrażeń.
Koło liczyło wielu członków. Na palcach jednej ręki można wskazać tych studentów, którzy nie należeli do tej wspólnoty. Rekrutacja do Koła spośród studentów pierwszego roku odbywała się gremialnie już po pierwszych wykładach. Na miejscu opłacano składki i dostawało się do ręki legitymację członkowską. 
Moja działalność w Kole Historyków trwała stosunkowo długo. Już jako „pierwszoklasista” zostałem wciągnięty w wir studenckiego ruchu naukowego. Na początku były to działania incydentalne, a od trzeciego roku studiów (1978/79) zostałem wybrany na Przewodniczącego Zarządu. W naszej kadencji staraliśmy się utrzymać tradycję wypracowaną przez naszych starszych kolegów. Z zapałem kontynuowaliśmy tradycyjne imprezy organizowane przez Koło, jak organizacja i stosunkowo liczny udział w konferencjach naukowych, a także w różnych naukowych objazdach i wycieczkach. W tym miejscu warto przywołać naszą wyprawę na konferencję do Opola, zorganizowaną przez Koło Historyków tamtejszej WSP. Nasz referat – Prasa lubelska o powstaniach śląskich, przygotowany i wygłoszony przez Giovanniego Maestri, zdobył zaszczytne wyróżnienie i w całości został opublikowany w jednym z numerów „Roczników Humanistycznych KUL”. W tym też czasie włączyliśmy się czynnie do pomocy w wykopaliskach archeologicznych w Piotrawinie. (...) Fragmenty ceramicznych naczyń, a było tego sporo, zostały przez nas posklejane w całość, a ich ubytki uzupełnione szpachlą i gipsem. Wystawione w gablotach na korytarzu pierwszego piętra prezentowały się niezwykle okazale odsłaniając zwiedzającym spory fragment kultury materialnej wczesnego średniowiecza nadwiślańskiej wsi Piotrawin.

Autor: Liliana Kycia
Ostatnia aktualizacja: 19.04.2010, godz. 14:56 - Urszula Jankiewicz-Dzierżak