II niedziela Wielkiego Postu, kościół akademicki KUL, 21 lutego 2016 r.
W drodze na górę naszego przemienienia

 

Drodzy Profesorowie, Wykładowcy i Studenci,
Szanowni Przyjaciele Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II,
Rodacy uczestniczący w tej Eucharystii na pośrednictwem TV Polonia,
Siostry i Bracia w Chrystusie.

I. „Oto jestem” (Rdz 22,11)
Pierwsze czytanie prowadzi nas dzisiaj na górę Moria, by doświadczyć Boga żywego, który potrafi wydobyć z człowieka nadludzkie siły, jeśli bezgranicznie, bez wahań zawierzy Panu.  Opowiada nam o Abrahamie, który gotów jest oddać Bogu pociechę swojej starości, syna Izaaka, którym Bóg – niejako wbrew prawom natury i codziennej mądrości – obdarzył starców; wszak Abraham miał sto lat, a Sara dziewięćdziesiąt. Tymczasem ten sam łaskawy ze wszech miar, miłujący czule Bóg żąda rzeczy łamiącej wyobrażenie o najczystszej, bo rodzicielskiej miłości; wzywa Abrahama, by złożył mu w ofierze wytęsknionego od młodości syna Izaaka, na wzór okrutnych, ale bliskich wyobrażeniom ludzkim bogów starożytności pogańskiej. Abraham porzucił te bóstwa jednak dla Nienazwanego, który objawi się Mojżeszowi tylko jako ten, „który jest”. Bóg domaga się od Abrahama wiary heroicznej, która poza zaufaniem słowu Bożemu nie ma żadnej podstawy, żadnego oparcia.
W przedziwnym przesłaniu biblijnym Abraham jest człowiekiem zmuszonym do ciągłego wyruszania w drogę. Musi ustawicznie porzucać, wyrzekać się tego, co stabilne, uporządkowane i przewidywalne, a nawet tego, co i kogo najbardziej kocha. Ten exodus rozpoczyna się od ziemi ojczystej, chaldejskiego Ur, posłuszny kategorycznemu wezwaniu: „wyjdź”. I tak Abraham wyruszył w nieznane, a Bóg osłodził jego wyjście obietnicą ogromu ziemi obiecanej i potomstwa „liczniejszego niż gwiazdy na niebie i ziarnka piasku nad brzegiem morza”. Na początku tej drogi pewne były jednak tylko budzące grozę nieskończone wręcz przestrzenie stepu i nieba rozświetlonego gwiazdami oraz bezmiar piasku, które mogą ofiarować wędrowcowi tylko żar i spiekotę południa, bez śladu pożywienia i wody.   

II. „[…] mam w Bogu nadzieję, wszystko [na uniwersytecie] da się z biegiem czasu wykonać” (list ks. Idziego Radziszewskiego do kard. D. Merciera)
Zawierzenie Bożej opatrzności było widoczne w życiu i działalności ks. Idziego Radziszewskiego, założyciela i pierwszego rektora KUL. Jutro mnie 94. rocznica jego śmierci. Kiedy umarł, miał zaledwie 51 lat, rektorem był niecałe 4 lata, a jednak zaliczamy go słusznie do najwybitniejszych ludzi Kościoła w Polsce XX stulecia.   
W roku 1918, a więc w roku odzyskania niepodległości przez Polskę, założył tu, w Lublinie, nowy uniwersytet. Przedsięwzięcie to wymagało najpierw twórczej wyobraźni, by stworzyć wizję instytucji w warunkach, kiedy przyszłość odradzającej się Rzeczypospolitej nie była wcale pewna, wszak trwała jeszcze I wojna światowa. Wizja ks. Radziszewskiego nie mogła odbiegać od realiów, a te były nieprzewidywalne. Panował wciąż chaos po rewolucji październikowej, wokół dostrzegalne były ogromne zniszczenia wojenne, a rozpad starego porządku i wielonarodowych molochów budził nie tylko nadzieje, ale i obawy. Trzeba było zarówno wyobraźni przesyconej wrażliwością na realia trudnej codzienności, jak i ducha strategii, by przewidzieć potrzeby kolejnych dziesięcioleci. Konieczna była wyobraźnia, by wpisać planowane działania w losy Ojczyzny, która miała być zlepkiem ziem odzyskanych od trzech zaborców, z różnymi systemami administracyjnymi, gospodarczymi, sądownictwem, szkolnictwem, a nade wszystko ziem zapóźnionych gospodarczo i kulturalnie, bo znajdujących się na peryferiach wielonarodowych mocarstw. Ks. Radziszewski wiedział, że oprócz żmudnej pracy prostych ludzi niezbędne będą decyzje i poczynania mądrych, prawych, niesprzedajnych elit, katolickiej inteligencji rozumiejącej wymogi nowego świata. Potrzebna była wyobraźnia, by podjąć działania powołujące uniwersytet, który pomógłby uniknąć chaosu w dobie radykalnych zmian, bo w takim zamęcie wygrywają zwykle sprytni, zaradni, ale nie zawsze uczciwi, ideowi. Trzeba było wyobraźni, by wpisać ideę uniwersytetu w funkcjonowanie Kościoła, który po okresie różnych zakazów i ograniczeń chciał złączyć duszpasterstwo sakramentalne, kaznodziejstwo i katechezę z inicjatywami intelektualnymi i społecznymi.
Nowe działania wymagały nie tylko wyobraźni, ale i odwagi wobec nieprzewidywalności przyszłych zdarzeń. Bardzo szybko okazało się zresztą, iż wielkoduszni darczyńcy przyszłej uczelni potracili majątki w wyniku rewolucji bolszewickiej, dlatego zabraknie funduszy na założenie i długofalowe utrzymanie uniwersytetu.
W tym kontekście ujawniała się też potrzeba wytrwałości, gdyż mimo słów życzliwości i zrozumienia ze strony władz kościelnych, a następnie państwowych, przez pierwsze lata rektorstwa ks. Radziszewski poznał gorycz niespełnionych obietnic, a nawet niechęć ludzi bez wyobraźni czy po prostu zawistnych, niechętnych nowemu dziełu. Założyciel KUL zwyciężył jednak, bo jak Abraham zawierzył bezgranicznie Bogu, nawet gdy Ten żądał rzeczy niepojętych. Uwierzył wbrew twardej logice faktów, nawet wbrew sobie, nie lękając się ofiar, poświęceń i wyrzeczeń. Stworzył instytucję naukową, dydaktyczną i wychowawczą, czyli integralny model szkoły. Nawiąże ona do najlepszych wzorów europejskich, ale jednocześnie wpisze się w realia polskie. Będzie ideowa, bo wyraziście katolicka, ale od początków odważnie otwarta na młodzież innych wyzwań – prawosławną i protestancką, która będzie bronić swą uczelnię przed zarzutami ideologicznego getta, formułowanymi przez środowiska skrajnie lewicowe.  Jej odważna otwartość ujawni się także w nieproporcjonalnie wysokiej liczbie studentek na tle innych polskich uczelni, a także ludzi biednych, śladem kościelnej tradycji odwołującej się do wielkodusznej hojności bogatszych. Programowo będzie dążyć do uniezależnienia uniwersytetu od angażowania się w niszczące zawsze doraźne spory polityczne, spłaszczające bogactwo idei do walki o wyborcze zwycięstwo; są bowiem rzeczy ważniejsze w dłuższej perspektywie rozwoju narodu i państwa.
Dokonanie ks. Radziszewskiego było naznaczone nie tylko heroizmem właściwym Abrahamowi, ale także wpisywało się w bohaterstwo ludzi, który walczyli o odrodzenie Rzeczypospolitej, a potem przybywali z całego świata, by budować jej duchową i materialną świetność, jak Ignacy Paderewski, gen. Józef Haller czy Gabriel Narutowicz. Niezależnie od opcji światopoglądowej i politycznej wydawali się oni dzielić maksymę sformułowaną po latach przez Zbigniewa Herberta: „Wymyśliłem sobie taką praktyczną, prywatną, moralną dyrektywę: jeśli masz dwie drogi do wyboru, wybieraj zawsze drogę trudniejszą dla ciebie” („Polityka” 1972, nr 6).  

III. „To jest mój Syn umiłowany” (Mt 17,5)
Wizja i działalność ks. Radziszewskiego nie była naturalistycznym, spontanicznym podporządkowaniem się wymogom losu, prawom historii; była wpisana w jego osobistą religijność, która zakładała konieczność podejmowania ustawicznych wyzwań, ale i doświadczenie obecności Boga żywego, który jest z każdym z nas w chwilach życiowej próby i w trudach codzienności. Prawdę tę przybliża nam dzisiejsza Ewangelia, która prowadzi nas tym razem na górę Tabor. Apostołowie Piotr, Jakub i Jan doświadczają na niej niezapomnianego przeżycia obcowania z Bogiem żywym, który ujawni się im w chwale, by nie zwątpili, gdy będzie wymagał od nich poddania się swej woli, gdy Chrystus wejdzie rychło na drogę krzyżową, podjętą dla odkupienia człowieka. I w chwale, i w męce, i śmierci Bóg objawiający się w Jezusie Chrystusie, ma twarz Miłosierdzia, by nie zabrakło nam siły do podejmowania życiowych wyzwań.
Wzmocnijmy się i ucieszmy się dzisiaj z Apostołami blaskiem i ciepłem przemienionego oblicza Boga-Człowieka: „twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło”. Przyszło nam bowiem żyć w dolinie naszej codzienności, niejako u podnóża góry, na którą musimy się ustawicznie wspinać. Nie będzie to jednak daremny trud mitycznego Syzyfa, gdy będzie to droga przemienienia, która – owszem – wymaga wysiłku, ale naznaczona jest mocą i szczęściem obcowania z pełnym blasku zwycięskim Panem, który ujawni się nam w dzień Zmartwychwstania. W dzisiejszej prefacji Boży i Ludzki Syn upewnia nas bowiem, że przez cierpienie i my możemy dojść z nim do chwały zmartwychwstania. Nie bójmy się więc wezwań Pana niezależnie od tego, czy będzie nam kazał „wypłynąć na głębię” czy wejść na górę przemienienia; wszak wzywa nas do tego miłosierny Bóg, który nie poskąpi nam swojej łaski i obdarzy nas słodyczą zwycięstwa; najcenniejszego – nad sobą samym.
Z Pawłem Apostołem wyznajmy więc dzisiaj: „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować”. Z psalmistą zaś wołajmy: „Wierzę, że będę oglądał dobra Pana/ w krainie żyjących. / Oczekuj Pana, bądź mężny, / nabierz odwagi i oczekuj Pana”.