„Idiota" lubelskiego teatru im. Osterwy to bez wątpienia jedna z ciekawszych premier teatralnych Lublina ostatnich sezonów. Tytanicznej pracy adaptacji scenicznej powieści Fiodora Dostojewskiego dokonał reżyser Krzysztof Babicki, któremu udała się rzecz niesłychanie trudna: takie rozłożenie akcentów, skupienie się przede wszystkim na splątanych losach czwórki głównych bohaterów i rezygnacja z kilku wątków pobocznych, umożliwiły zrozumienie tej, niełatwej przecież, historii nawet widzom nieznającym tekstu „Idioty", nie rozluźniając tym samym spójności powieści i jej scenicznej interpretacji.

Babicki uniknął też głównego niebezpieczeństwa wynikającego z nieomal aksjomatycznej nieprzekładalności dwóch nieprzystawalnych przestrzeni: literackiej i scenicznej. Rozpięty na ponad 700 stronach, niezwykle rozbudowany świat, wielowątkową, rozszczepioną na kilka podprzestrzeni i wiele miejsc historię, zręcznie i bardzo przekonująco zamknął w obrębie niedużej przecież sceny. Niezmienna, nieplastyczna przestrzeń sceniczna, stała się na trzy godziny skondensowanym światem, esencją z pozateatralnej rzeczywistości. Wielka w tym zasługa Olafa Tryzny, który samym tylko oświetleniem kreował konieczne dla przebiegu akcji wnętrza, a nieustanne, pulsujące zmiany miejsca sygnalizował zimnym, niebieskawym światłem.

Praktycznie zupełna rezygnacja z jakichkolwiek scenicznych dekoracji w naturalny sposób pociągnęła za sobą prawie całkowite wyeliptowanie rekwizytów, które stać by się mogły atrybutami postaci i protezami aktorów. Ustawiony z boku sceny, niepozorny piecyk-koza, staje się swojego rodzaju łącznikiem między postaciami, powiernikiem ich najcenniejszych „skarbów", nośnikiem, na który transponują to, co dla nich najważniejsze. Pozostałe przedmioty - stół, fotel, ława, łóżko - są niejako konieczne i nienacechowane semantycznie, pojawiają się tylko wtedy, gdy są przydatne. Analogicznie kostiumy - proste, stonowane, potrzebne aktorom przez swą konieczność, nieuwikłane w zbędne sensy. Ta oszczędność formy, wstrzemięźliwość wyrazu nie pozostaje jednak bez znaczenia - pomaga skupić się na treści, na opowiadanej historii, nie rozpraszając i nie odciągając uwagi widza od tego, co faktycznie najistotniejsze.

Babicki skupił się przede wszystkim na wyakcentowaniu splątanych losów czwórki dramatis personae: Myszkina (Szymon Sędrowski), Rogożyna (Krzysztof Olchawa), Nastazji (Monika Babicka) i Agłaji (Karolina Stefańska), dla których tłem stają się wszystkie pojawiające się na scenie postacie. Takie spojrzenie na tekst pozwala wydobyć i ocalić to, co w nim rzeczywiście najważniejsze, unikając tym samym rozbicia fabuły na dziesiątki luźno ze sobą zaledwie powiązanych zdarzeń. Przez cały spektakl wyczuwalny jest rodzaj napięcia, pełnej emocji więzi, między wcielającymi się aktorami, ich nieustanna komunikacja, sprawiająca, że widz rzeczywiście może ulec wrażeniu, że oto dramat rozgrywa się na jego oczach, że jest faktycznym świadkiem dziejącej się historii. W poczuciu tym utwierdzają go także bardzo wiarygodnie grający aktorzy; pełen emocji duet Sędrowski - Olchawa to bez wątpienia najmocniejszy punkt lubelskiego „Idioty". Myszkin-Rogożyn, awers i rewers tej samej istoty, dwa konieczne, dopełniające się byty. Genialnie grający pełnego łagodności i niewinności Myszkina Sędrowski, gdy tylko pojawia się na scenie, hipnotyzuje i ogniskuje na sobie całą uwagę. Na nie mniejsze uznanie zasługuje wszakże Olchawa, który jako Rogożyn pojawia się na scenie znacznie niż Sędrowski rzadziej, ale gra chyba intensywniej, każde wypowiadane słowo wysycając rozedrganiem i nieutuleniem, każdy ruch wypełniając tęsknotą i niespełnieniem. Jednak prawdziwy talent obaj aktorzy ujawniają niedopuszczając do groteskowej nadekspresji, do przeszarżowań i otarcia się o banał. Myszkin ani przez moment nie staje się śmiesznym, nadwrażliwym histerykiem, Rogożyn potrafi się nagle uspokoić i najzupełniej złagodnieć. Także role kobiece zasługują na pewne uznanie. Agłaja Karoliny Stefańskiej to typowa młoda dziewczyna, śliczna, romantyczna i niezdecydowana, po kobiecemu niekonsekwentna i nieco sztuczna. Pewien zawód wywołuje jednak Nastazja Moniki Babickiej, boleśnie niekompatybilna z książkowym oryginałem. Lubelska aktorka nazbyt koncentruje się na stereotypowo pojmowanej kobiecości, na słaniu mężczyznom perlistych uśmiechów i powłóczystych spojrzeń, jakby nie zdając sobie sprawy w dumy, siły i bezwzględności, które zdają się jednak tlić gdzieś wewnątrz. Dopiero w obecności Rogożyna staje się bardziej wyrachowana i zimna, jakby chcąc dotrzymać mu kroku, co niestety kończy się lekką, ale jednak nieuniknioną zadyszką. Reszta aktorów, staje się niestety zlewającym się w jedno tłem, humusem, na którym mogą wyrosnąć role pierwszoplanowe. Jednak i tam da się zauważyć niepokojącą Adelajdę (Hanka Brulińska) czy znakomitego, wielowymiarowego Iwołgina (Jerzy Rogalski).

Bez wątpienia „Idiota" Babickiego to bardzo dobry spektakl. Rytmiczny, pulsujący, trzymający w nieustannym napięciu, lecz nie męczący, zmuszający do refleksji, a jednak dostarczający niekłamanego zachwytu. To wydarzenie, które pozostawia w odbiorcy ślad, wytrąca go z emocjonalnej równowagi, stawia wobec fundamentalnych pytań i nie udziela łatwych odpowiedzi. Co więcej, gdy po trzech godzinach opada kurtyna, a ja wychodzę z ciepłego, jasnego teatru w przejmujący, jesiennozimowy mrok, dopiero wtedy czuję całą moc tego, co stało się także moim współudziałem. A im więcej czasu mija, im dalej od tego wyjątkowego wieczora, tym silniej powracają do mnie powyrywane z kontekstu frazy, przypominające się mimowolnie sceny, pojedyncze, odarte teraz z sensu aktorskie gesty. I coraz bardziej zastanawiam się, czy rzeczywiście teatr to najbardziej nietrwała ze sztuk...?

Autor: student


Autor: Agnieszka Dybek
Ostatnia aktualizacja: 19.02.2008, godz. 15:03 - Agnieszka Dybek