JAN ZIÓŁEK: W latach moich studiów siedziba Koła mieściła się w starym frontonie na parterze. Wchodziło się z dziedzińca bezpośrednio do sali, w której wszystkie humanistyczne Koła studenckie miały swoje kąciki. Najczęściej jednak urzędowali tam historycy - koledzy: Helena Rzemieniuk, Czesław Deptuła, Janusz Kolasa i ja. Tam układaliśmy piosenki i skecze na imprezy takie, jak: otrzęsiny, opłatek oraz tworzyliśmy programy spotkań z profesorami. W siedzibie kół często gościli też poloniści - Marian Maciejewski i Józef Smosarski, którzy uparcie redagowali „Polonistę". Młody anglista - Andrzej Zgorzelski usiłował stworzyć teatr, ale z tej inicjatywy nic nie wyszło. Studenci Sekcji Pedagogicznej, która wówczas była częścią Wydziału Humanistycznego, nie przejawiali większej aktywności. Natomiast studenci filologii klasycznej, zmobilizowani przez panią prof. Janinę Pliszczyńską, utworzyli teatr klasyczny.
Życie codzienne studenckie toczyło się dość wartko. Nie zamykaliśmy się we własnym gronie, ale utrzymywaliśmy bliskie kontakty ze studentami z innych wydziałów, przede wszystkim z filozofami, a także z teologami. Wynikało to z ogólnych warunków - w tamtych czasach było na KUL-u mniej studentów, łatwiej można było się poznać. Ułatwiały to też waruki w akademikach - zapewne trudne do wyobrażenia sobie przez współczesnych studentów. Mieszkaliśmy w pokojach po 16 - 18 osób. Siłą rzeczy znajdowali się w jednym pokoju ludzie z różnych sekcji, a nawet wydziałów. Na całe piętro przypadała jedna umywalnia, co dawało okazję do częstego spotykania się.
Ta sytuacja powodowała też różne śmieszne zdarzenia. Na przykład w sąsiedniej sali mieszkało 18 chłopaków, a wśród nich pewien student filozofii na KUL-u i orientalistyki na UW. Nosił się on dość oryginalnie, nie uznawał fryzjera, nie golił się i, co najgorsze, stronił od wody. Po kilku próbach nakłonienia go do zmiany stylu życia, mieszkańcy wspólnego pokoju stracili cierpliwość i postanowili go wykąpać siłą. Zażądali od nas pomocy, której chętnie im udzieliliśmy. Umywalnia przypominała wojskową - było to długie metalowe koryto, nad którym wisiały krany. Przyprowadziliśmy tam naszego delikwenta, zmusiliśmy go, żeby wszedł do tegoż koryta, umył się i ogolił. Cała sprawa zakończyła się w Komisji Dyscyplinarnej, w której, po wysłuchaniu stron, wyrok wydawał - dławiąc się ze śmiechu - pan prorektor Zdzisław Papierkowski. Nakazał nam przeprosić kolegę publicznie. Przeprosiliśmy go więc za umycie i ogolenie na łamach „Kuriera Lubelskiego". Przedrukował to potem „Przekrój" i inne czasopisma.
Razem ze mną studiował kolega Staszek, który po którejś przerwie wielkanocnej powrócił do akademika w nowiutkich dżinsach. Wówczas było to marzenie każdego studenta, niestety z kategorii „marzeń ściętej głowy". W latach pięćdziesiątych takich spodni nie można było kupić w zwykłym sklepie, jedynie w Peweksie, za dolary. Do Staszka ustawiła się natychmiast kolejka chętnych do odkupienia dżinsów. Jednemu z kolegów z polonistyki powiedział on wtedy żartem, że odda mu spodnie, jeżeli tamten wykąpie się w fontannie na Placu Litewskim. Niespodziewanie polonista zakład przyjął. Udaliśmy się zatem komisyjnie na Plac Litewski. Należy zaznaczyć, że wówczas fontanna miała zupełnie inny kształt - misa była wysoka, w kształcie kielicha i wyrzucała wodę jednym strumieniem do góry. Nieopodal tej fontanny znajdowała się budka z kwiatami, w której ciągle siedział młody „smutny pan" i obserwował Plac. Miał do dyspozycji telefon. Kiedy więc polonista rozebrał się do kąpielówek, wszedł do fontanny i zaczął pływać, nagle zjawiła się samochodem - Wilisem milicja. Kolega Staszek również był bez spodni, bo przecież musiał je zdeponować u komisji nadzorującej zakład. Od strony formalnej zatem wszystko odbywało się prawidłowo. Nie przewidzieliśmy tylko, że tak szybko zjawi się milicja. Zabrali Staszka i polonistę na posterunek przy ul. Okopowej i zatelefonowali do ks. Rektora Mariana Rechowicza, powiadamiając go, że dwóch studentów KUL-u zakłócało porządek publiczny kąpiąc się w fontannie. Rektor jednak uznał, że to świetny żart i że jeszcze nie zginęła w studentach fantazja. Wskutek takiej odpowiedzi koledzy wrócili po dwóch godzinach, pieszo do akademika.
Studenci robili też dowcipy kadrze nauczającej. Na romanistyce miał wówczas zajęcia ks. prof. André Prévost. Przyjechał z Paryża do Lublina swoim samochodem Citroënem – „kozą” (takim jeździ siostra zakonna w przygodach żandarma z Saint–Troppez). Ten samochód ksiądz profesor parkował w bramie zachodniej gmachu KUL–u. Wtedy nie było drogi betonowej i chodnika na wale wzdłuż gmachu, do bramy można było wjechać z równego terenu. Któregoś dnia padło hasło, aby ten samochód przenieść na środek dziedzińca, pod stołówkę (obecnie sala 29)1. Tak też się stało – każdy z obecnych chwycił za kawałek blachy i po kilku minutach samochód znalazł się u wejścia do stołówki.
Kiedy byłem na czwartym roku akademik przy ul. Sławińskiego (obecnie Niecała) znacznie się zmienił. Dobudowano trzecie piętro, na którym znalazły się mniejsze pokoje, a na niższych piętrach duże pokoje podzielono. Studenci starszych lat byli kwaterowani na pietrze trzecim, w lepszych warunkach. Łazienek przy pokojach nie było, ale na piętrze znajdowało się ich więcej niż jedna i były wygodniejsze. W dalszym ciągu ogrzewano pomieszczenia piecami – centralne ogrzewanie założono dopiero po odejściu mojego rocznika. Niemniej nadal mieszkało nas pięciu w jednym pokoju. Jednym z moich współlokatorów był nieżyjący już poeta Edward Stachura. Oryginał był z niego duży, długo sypiał i nie dbał o porządek. Przesiadywał w kawiarniach i klubach. Miał ciekawe wieczorki poetyckie, na które chodziliśmy, ale nie uznawał krytyki swojej twórczości i na nią nie odpowiadał.
Za groźnych egzaminatorów w tamtych czasach uchodzili profesorowie: Zygmunt Sułowski, Jerzy Kłoczowski i ks. Mieczysław Żywczyński. Na przykład na drugim roku egzamin z historii średniowiecznej oblało piętnastu pierwszych studentów i dopiero szesnasty przerwał tę passę. Gdy zaczynaliśmy studia na pierwszym roku było nas 80. Po roku drugim zostało niewiele ponad 30 osób, o ile dobrze pamiętam.
Najbardziej jednak wszyscy drżeli przed egzaminem u ks. prof. M. Żywczyńskiego. W tych okolicznościach jeden z moich kolegów złożył ślub, że jak zda ten egzamin, to pójdzie boso z KUL–u na Plac Litewski. Zdał. A słowo się rzekło… Buty nieśliśmy przed nim, a on kroczył za nami, z nogawkami zawiniętymi, żeby było widać, że idzie boso. Na jego szczęście było to podczas letniej sesji.
Ciekawie zdawało się egzamin u profesora Aleksandra Kossowskiego. Przyjmował on delikwentów w swoim mieszkaniu przy ul. Sławińskiego. Czekało się na swoją kolej w przedpokoju przed gabinetem profesora. Stały tam krzesła dla pięciu- sześciu osób. Na egzamin wchodziło po pięć osób. Żona profesora, niezmiernie miła i sympatyczna pani, każdą wchodzącą piątkę częstowała lampką koniaku, dla dodania odwagi. Bywali więc i tacy studenci, którzy podchodzili pod drzwi gabinetu po kilka razy... Na tym egzaminie należało znać dużo szczegółów z życia carów i caryc rosyjskich.
Z kolei prof. Zygmunt Sułowski, dystyngowany pan, choć groźny na egzaminie, w każdej chwili służył studentom radą, uwagami i pomocą, szczególnie dla swoich seminarzystów. Od czasu do czasu urządzał posiedzenie seminarium w swoim mieszkaniu przy ul. Chopina. Wtedy na stole pojawiały się cukierki i ciastka, a poza merytoryczną stroną seminarium odbywały się lekcje towarzyskiego bon tonu i nauka polskich tańców - mazura, poloneza i innych. Takie spotkania miały miejsce zwykle przed balem uniwersyteckim, na którym Profesor bywał z reguły wodzirejem. Z tą nauką ogłady i tańców wiąże się też zabawna przygoda kolegi Ludwika. Profesor uczył nas figur poloneza i w pewnym momencie zwrócił się do kroczącego w drugiej parze studenta: „A teraz, panie Ludwiku, podaje pan damie chusteczkę". Kolega nieco poczerwieniał, sięgnął do kieszeni i wydobył z niej gałganek nieokreślonego koloru i kształtu... Profesor na ten widok machnął ręką i prędko powiedział: „Panie Ludwiku, schować to, schować..." Po czym wyjął swoją białą i elegancko zaprasowaną chusteczkę i podał damie.
Inną pasją prof. Sułowskiego była turystyka. Organizował więc dla studentów wycieczki po Lubelszczyźnie i do historycznych miejsc. Brał też udział w programowych, kilkudniowych objazdach naukowych studentów.
Do ciekawych należały z reguły spotkania opłatkowe przy choince. Były też oczywiście paczki ze słodyczami od św. Mikołaja - to fundował Rektor oraz paczki, które studenci anonimowo, przez ręce św. Mikołaja, sobie przekazywali. Czasem były to bardzo zabawne prezenty i jeszcze zabawniejsze teksty życzeń. Na jednym z takich spotkań św. Mikołaj ubrany był w strój wykonany z gazety „Tygodnik Powszechny". Kiedy przechodził obok choinki gazeta zapaliła się od świeczki (wówczas nie było jeszcze elektrycznych lampek chonikowych) i święty został w garniturze, i to tylko dzięki szybkiej akcji gaśniczej. Na tych spotkaniach wspólnie śpiewaliśmy kolędy i wyciągaliśmy profesorów na opowiadanie anegdot i ciekawych zdarzeń z ich życia. Najdowcipniej popisywał się opowieściami pruskimi prof. Andrzej Wojtkowski. Prof. Stanisław Łoś wygłaszał wspaniałe gawędy o bohaterach starożytnej Grecji i Rzymu. Na życzenie studentów prof. Jerzy Kłoczowski śpiewał zwykle piosenkę z powstania warszawskiego – „Sanitariuszka Małgorzatka”.
Majowe spotkania na Poczekajce należały również do stałego programu rozrywkowego historyków. Kolega Janusz Kolasa popisywał się śpiewem i grą na gitarze, studenci - dżudocy pokazywali swoje walki, a wszystko odbywało się w nastroju wielkiego pikniku, w scenerii parku i otaczających go pól. Osiedla mieszkaniowe powstały dużo później.
Do tradycji historycznej należały również kończące rok akademicki, mecze w piłkę nożną pomiędzy profesorami i studentami. Odbywały się one na stadionie „Lublinianki". Studenci z reguły wygrywali, bo niektórzy przedstawiciele kadry niezbyt dokładnie trafiali nogą w piłkę, a poza tym woleli biegać wzdłuż linii autowej, gdzie rozmieszczano skrzynki z napojami chłodzącymi (czytaj: oranżadą).

 

1) Od 2008 r. siedziba Muzeum Uniwersyteckiego Historii KUL.

Autor: Liliana Kycia
Ostatnia aktualizacja: 27.04.2010, godz. 12:51 - Urszula Jankiewicz-Dzierżak