Profesor Jan Ziółek (1931-2009)

 

 

 

Wspomnienie i życiorys autorstwa Witolda Matwiejczyka, druk. w „Przeglądzie Uniwersyteckim” 2010, nr 1 (123), s. 24-25.

 

Profesora Jana Ziółka pierwszy raz spotkałem na KULu w 1981 roku. Każdy z nas pamięta ten rok. Byliśmy pokoleniem, dla którego marzenia o Wolności i Solidarności zbiegały się z wyborem własnej drogi życiowej. Czy można się więc dziwić, że ten rok zapadł nam w pamięci wyjątkowo głęboko? Wydaje się, że nadal pamiętamy nie tylko spotkanych wtedy ludzi, ale nawet pogodę, nastroje i emocje, które mam towarzyszyły... W pamięci zapadł również głęboko obraz KULu z tamtych lat. Nowy fronton błyszczał już nowoczesnością na zewnątrz, ale w środku był szary, zimny beton i dopiero zaczynały się prace wykończeniowe. Reszta przypominała oazę ciszy i spokoju. Ścieżki na dziedzińcu, wysypane żwirem, biegły jeszcze wtedy starymi drogami i stare były ławki, pomalowane na zielono, stare były trawniki i krzewy śnieguliczki rosnące pod ścianami. To na tych ławkach przesiadywaliśmy w pierwsze lipcowe dni, my młodzi ludzie z całej Polski, kandydaci na studentów KUL i wszyscy marzyliśmy, by nasze marzenia spełniły się w tym miejscu...

Docent Jan Ziółek przewodniczył jednej z komisji egzaminacyjnych, w sali 109 na pierwszym piętrze. Siedział po środku przy stole przykrytym zielonym suknem w towarzystwie (jak się później dowiedzieliśmy) Henryka Gapskiego i Czesława Deptuły. Ciemnoszary garnitur, biała koszula, jasny krawat. Włosy już wtedy miał siwe, okulary duże, ale jakoś nie przyciągały wzroku. Nie mówił zbyt wiele, oczy miał zapatrzone, uwagę skupioną, czasem zaglądał w akta, czasem lekko się uśmiechał i spokojnym, ciepłym głosem zadawał dodatkowe pytanie... Ten głos i spokój powodowały, że człowiek nabierał odwagi i brnął dalej, przedstawiając wizje historii, wyuczone z podręczników szkolnych rozpadającego się na naszych oczach komunizmu. Tymczasem Profesor z ogromną uwagą i skupieniem wsłuchiwał się w nasze szkolne opowieści o historii… Czy przenosił się wtedy myślami do własnej młodości? Czy wracały niespełnione marzenia o uczeniu młodzieży prawdziwej historii....?

Dla niego historia na KUL zaczęła się w 1956 roku. Miał wtedy 25 lat. Urodził się w 1931 roku na wsi koło Łowicza. Lata wojny i okupacji spędził w domu rodzinnym wraz ze starszym bratem i młodszą siostrą. Po wejściu do Łowicza wojsk sowieckich i stabilizacji sytuacji rozpoczął naukę w liceum pedagogicznym. System wartości wyniesiony z domu rodzinnego daleko jednak odbiegał od szkolnej propagandy stalinizmu. Jego pradziadek był powstańcem styczniowym (1863) a ojciec uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej (1920). Młody uczeń podejmuje więc działalność konspiracyjną. W 1951 roku zdaje maturę i rozpoczyna pracę nauczycielską, ma dwadzieścia lat i całe życie przed sobą, nie przerywa jednak działalności konspiracyjnej... UB aresztowało go 1 lutego 1952 roku, a sąd wojskowy w Łodzi podtrzymał zarzuty prokuratury i skazał na dziewięć lat więzienia za przynależność do organizacji zmierzającej do „obalenia siłą władzy ludowej i ustroju komunistycznego”. Najpierw siedział w więzieniach UB w Łodzi i w Sieradzu, później pracował w kopalni węgla kamiennego w Bytomiu i wreszcie w 1955 roku dość niespodziewanie, w wyniku rozgrywek partyjnych na szczytach władzy, otwarły się wiezienia dla więźniów politycznych. Kilka miesięcy później przyjechał do Lublina i zapewne rok 56 był dla niego tak samo piękny, jak dla nas 81, i ławka na dziedzińcu była ta sama i te same marzenia o wolności i studiach... Marzenia spełnione, bo władze uczelni, jako jedyne, miały odwagę przyjmować kandydatów z antykomunistyczną przeszłością.

Na zdjęciach z czasów studenckich wyglądał poważnie, bardziej dojrzały i dorosły od innych. KUL stał się dla niego przystanią wolności na morzu komunistycznego zniewolenia a on znał jej wartość. Może dlatego na tamtych zdjęciach pojawia się również prawie niewidzialny uśmiech i dziwny spokój na jego twarzy...

Jako student miał szczęście. Trafił na seminarium magisterskie do profesora Zygmunta Sułowskiego, Kierownika Katedry Metodologii i Nauk Pomocniczych Historii. Dało mu to podstawy solidnego warsztatu naukowego i obronioną w 1961 roku pracę magisterską. W międzyczasie aktywnie uczestniczył w życiu naukowym Koła Historyków Studentów, jeździł na sesje naukowe i konferencje; włączył się w ogólnopolski nurt odnowy życia naukowego studentów historii. Z tego zaangażowania zrodziło się również prywatne uczucie, a najbliższa koleżanka z Koła została wkrótce jego narzeczoną, zaś rok po studiach żoną. Wtedy nie myślał jeszcze o pracy naukowej, lecz o kontynuowaniu tak dramatycznie przerwanej pracy nauczycielskiej i wychowawczej. W 1961 roku został „dorywczo” nauczycielem kontraktowym dwóch lubelskich szkół podstawowych. Mimo pozytywnej opinii dyrekcji nie dostał jednak etatu z powodu negatywnej opinii wszechwładnego komitetu Wojewódzkiego PZPR. Rok później wrócił na Uczelnię już jako pracownik: pracę naukową dzielił z etatem kierownika Dziekanatu Wydziałów Teologii i Prawa Kanonicznego. Pielęgnowane od dzieciństwa cechy systematycznej, rzetelnej i uporządkowanej pracy bardzo się przydały w łączeniu obowiązków administracyjnych z badaniami naukowymi. Pierwotne zainteresowania historią miast zamienił na badania nad historią polskich powstań narodowych, zrywów niepodległościowych i dziejów emigracji politycznych w XIX wieku. Jako młody pracownik naukowy miał również szczęście. Na swojej drodze spotykał wspaniałych historyków, specjalistów z historii politycznej, historii wojskowości i historii społeczno religijnej. Rozprawę doktorską napisał właśnie z historii wojskowości, o mobilizacji sił zbrojnych w okresie powstania listopadowego, pod kierunkiem prof. Stanisława Herbsta i obronił ją na Uniwersytecie Warszawskim w 1968 roku. Rok później rozpoczął pracę naukowo dydaktyczną na Sekcji Historii KUL. Był starszym asystentem w II Katedrze Historii Nowożytnej, kierowanej przez profesora Władysława Rostockiego, wybitnego znawcę powstania listopadowego, historii administracji i archiwistyki ziem polskich, który również z przyczyn politycznych musiał szukać naukowego schronienia na KUL. Ich współpraca układała się bardzo dobrze, zaowocowała wspólnymi konferencjami i publikacjami naukowymi oraz osobistą przyjaźnią. W pracy habilitacyjnej poszerzył swoje zainteresowania o aspekt międzynarodowy, przedstawiając rozprawę o stosunku Wielkiej Emigracji do dynastii Bonapartych. Obroniona na KUL w 1979 roku dała mu podstawę do nominacji na docenta wiosną 1979 roku, oraz otwarła drogę do wyboru na prodziekana Wydziału Nauk Humanistycznych, jesienią tegoż roku....

Właśnie wtedy się spotkaliśmy na egzaminach wstępnych. Jeszcze świeciło lipcowe słońce, gdy nasze marzenia i nadzieje mieszały się z jego wspomnieniami i doświadczeniami trudnej życiowej drogi. Wkrótce jednak przyszedł listopad i czas studenckich strajków a zaraz potem pierwszy zimowy śnieg i stan wojenny. Czy Jego młodość wracała echem wspomnień i porównań...?

Jako prodziekan do spraw studenckich wykazał się wtedy odwagą taką samą jak przed trzydziestu laty. Stawił czoła komunistycznemu bezprawiu, osobiście interweniował w obronie aresztowanych i internowanych studentów. Sam jeździł do aresztów, podpisywał poręczenia i wykładał pieniądze na grzywny dla studentów ukaranych przez komunistyczne Kolegia do Spraw Wykroczeń. W swych działaniach był bardzo wytrwały, skuteczny i dyskretny. Nie szukał ani rozgłosu ani poklasku. Funkcję prodziekana pełnił przez dwie, chyba najtrudniejsze kadencje. Pracy naukowej nie mieszał jednak ani z własnymi poglądami politycznymi ani z bieżącymi wydarzeniami. Na te ostatnie patrzył z pobłażliwym dystansem. Na co dzień prowadził systematyczną, wytrwałą i bardzo cierpliwą pracę naukowo dydaktyczną. W 1984 roku został kierownikiem katedry, cztery lata później profesorem nadzwyczajnym a po kolejnych czterech profesorem zwyczajnym z tytułem naukowym profesora. Stopniowo poszerzał i pogłębiał podejmowane przez siebie i wkrótce już przez swoich uczniów tematy. Był jednak wierny wielkim problemom badawczym, które wyznaczył sobie na początku naukowej kariery. Badania nad polskimi powstaniami narodowymi z ich aspektami wojskowymi, społecznymi i religijnymi łączył z analizą historyczną polskich emigracji politycznych oraz dziejów Kościoła i duchowieństwa katolickiego w drodze do niepodległości. Początkowo prowadził seminarium magisterskie w pokoju przyjęć prodziekana, już jednak wkrótce jego seminarzyści się tam nie mieścili. Studenci chętnie chodzili na jego zajęcia i chętnie pisali u niego swe prace. Każdemu stawiał wysokie, ale zarazem realne wymagania. Sam był przykładem punktualności, systematyczności i pracowitości. Opublikował prawie 300 pozycji naukowych, wypromował 228 magistrów i 21 doktorów. W środowisku naukowym był wybitnym i cenionym specjalistą: członkiem LTN, wiceprezesem TN KUL i przede wszystkim Honorowym Członkiem Polskiego Towarzystwa Historycznego. Na uczelni cieszył się ogromnym szacunkiem i autorytetem. Od 1992 roku był prezesem Fundacji KUL im. Anieli hr. Potulickiej. Latem 2008 roku otrzymał Medal za Zasługi dla KUL...

W 2000 roku obchodził uroczyście jubileusz czterdziestolecia pracy naukowo dydaktycznej, połączony z międzynarodową konferencją na temat polskich powstań narodowych. Na uroczystość zjechali najwybitniejsi historycy z kraju i zagranicy, zajmujący się badaniami nad polskimi dążeniami niepodległościowymi. Wśród tego szacownego grona uczonych i przyjaciół dobrze się czuł. W czasie laudacji siedział w dostojnym fotelu, tak samo zamyślony i skupiony jak przy naszym pierwszym spotkaniu, tylko kosmyk siwych włosów trochę bardziej opadał mu na czoło i uśmiech na twarzy był pełniejszy...

 

Zob. także:

Jan Ziółek (1931-2009) - sylwetka i publikacje

Ze wspomnień Profesora Jana Ziółka

Autor: Anna Barańska
Ostatnia aktualizacja: 25.09.2014, godz. 16:22 - Anna Barańska