Doświadczenia krajów, którym udało się dokonać  spektakularnych skoków ekonomicznych wskazują, że istnieje jeszcze jeden czynnik, który można nazwać modnym obecnie określeniem  „kapitał społeczny”. Pojęcie to wymyślili socjologowie Pierre Bourdieu i James Coleman, aby ekonomiści dowartościowali dla rozwoju gospodarczego także  jakości relacji między ludźmi. Człowieka nie można bowiem zaprogramować, a używanie go jako systemu sterowanego zewnętrznie jest wielkim marnotrawstwem. Dlatego to,  co nazywa się podmiotowością pracy, wolnością, partycypacją w zarządzaniu, staje się możliwe, gdy powstaną odpowiednie warunki w systemie relacji międzyludzkich. Szczególne zasługi w tej dziedzinie ma Elton Mayo, który dokonał przewrotu kopernikańskiego w teorii zarządzania, dostrzegając, że wbrew materialistycznemu przekonaniu człowiek nie działa jak maszyna. Mayo stworzył podstawy nowej teorii zarządzania zwanej human relations. Jego zdaniem rozwój kapitalizmu przebiega w ten sposób, że w pierwszej fazie decydujący był kapitał materialny (maszyny, pieniądze, budynki), a praca robotnika była prosta i mechaniczna.  W drugiej fazie decydującą rolę pełnił kapitał ludzki (wiedza,  zdolności, doświadczenie). Nie mając funduszy, ale kompetentnych ludzi można odbudować bazę materialną.  W trzeciej fazie, do której się zbliżamy, najistotniejszy będzie kapitał społeczny. Rozwój technologii i zmiany globalistyczne wymagają  wykorzystania zdolności pojedynczego pracownika, czego jednak nie da się zrobić bez dobrych relacji pracowniczych, a więc silnego kapitału społecznego. Przyszłość  gospodarki zależy więc nie tylko od parametrów stricte materialnych czy wiedzy pracowników, ale przede wszystkim od kultury ekonomicznej,  w której wiedza będzie efektywnie wykorzystywana.  Mające wszystko wyjaśnić pojęcie homo oeconomicus zostało już zdeaktualizowane. Sukcesy biorą się z zarządzania przez wartości. Ambitne firmy tworzą kodeksy etyczne i wdrażają oparte na nich kultury organizacyjne.  Skazane na niepowodzenie są więc próby budowania nowej kultury organizacyjnej w oparciu o z góry przygotowany plan, który jest pracownikom jedynie komunikowany.

Od czasów encykliki Rerum novarum Leona XIII Kościół katolicki rozwija wyobraźnię społeczną swoich wyznawców w kierunku oparcia życia publicznego i gospodarczego na zasadach personalistycznych. Oznacza to podmiotowość obywatela i pracownika, oddolne budowanie struktur w oparciu o zasadę pomocniczości i pielęgnowanie dialogu w celu budowania wspólnej przyszłości oraz podejmowania trafnych decyzji. Liberalizm i kolektywizm – dwa materialistyczne paradygmaty, które dominowały wraz z rozwojem industrializacji, nie są już w stanie sprostać nowym wyzwaniom.  Zmiany technologiczne i globalizacyjne wymagają dziś podejmowania trafnych decyzji. Bez kapitału społecznego jest to jednak niemożliwe. Wspólna analiza i ocena pozwala bowiem lepiej zbadać problem i uniknąć błędów. Przezwyciężyć spuściznę instytucji industrialnych można tylko przez nakierowany na przyszłość dialog. Warunkiem zbudowania przyszłości, która  poradzi sobie z nadciągającą zapaścią gospodarczą będącą m.in. efektem procesów demograficznych, jest stworzenie na różnych poziomach kultury organizacyjnej opartej  na podmiotowości i solidarności członków określonych wspólnot. Na tym właśnie polega kapitał społeczny. Nietrudno zauważyć, że jego korzenie tkwią w Ewangelii.  

Jakie przełożenie mają powyższe uwagi na rzeczywistość uczelni? Nie jest ona instytucją produkcyjną, niemniej wyzwolenie kapitału społecznego jest jej bardzo potrzebne. Praca naukowa wymaga skupienia i samotności. Coraz częściej jednak widać, że nie może się obyć również bez szeroko pojętej aktywności i współpracy. Przerosty indywidualizmu są szkodliwe dla wyników prac naukowych i spraw pracowniczych. Jak przełamać ten stan inercji? Być może na początek dobrym sposobem jest poszukiwanie możliwości współdziałania w małej skali, wokół spraw które budzą w jakimś stopniu wspólne zainteresowanie.  Potencjał ludzi związanych z uczelnią jest często bardzo duży, ale słabo wykorzystany. Warto zacząć od czegoś małego i być aktywnym. To pokaże i umożliwi następny krok. Bierność i obawa to źli doradcy. Teoretycznie to wiemy, ale w praktyce hołdujemy  własnemu komfortowi. Może warto coś zmienić? Może bierna i asekurancka  postawa została  wpojona przez  miniony system, wychowanie, stronnicze media etc.? Co by się stało, gdyby z nią zerwać? Czy przyjęty styl życia musi być najlepszy? Co daje on poza względnym bezpieczeństwem i „świętym spokojem”?  Może warto otworzyć się na to co nowe i nieprzewidziane; co nie było dotychczas w horyzoncie możliwości i oczekiwań, choćby z tej racji że wymagało porzucenia luksusowej strefy indywidualizmu? Jak widać pojawia się wiele pytań, których nie należy zostawiać bez odpowiedzi. Problem powinien niepokoić. Sposób wyjścia z wygodnego obszaru, to zadanie dla każdego z osobna, ale połączone z szukaniem innych, z którymi warto współdziałać. Sporą część swego życia spędziłem w różnych zespołach. Mimo to wyrzucam sobie, że niekiedy nie byłem dość aktywny. Gdybym jednak nie pozbył się bierności, moje życie byłoby znacznie uboższe. Związek zawodowy i różne formy zrzeszeń, tzw. struktur poziomych,  są możliwymi formami współpracy. Jeśli nie zadowalają, być może trzeba je ulepszyć lub na miarę potrzeb i możliwości stworzyć nowe o ile będą lepsze, bardziej efektywne, lepiej służące projektowanym celom. W każdym razie zadanie wyjścia z indywidualnej strefy komfortu (egoistycznego „snu o potędze”) ku solidarności i współpracy jest tyleż trudne co konieczne. Zwłaszcza dla ludzi związanych z uczelnią.     

                                                           dr hab. Ryszard Zajączkowski, prof. KUL

               

Autor: Dorota Marzec
Ostatnia aktualizacja: 02.02.2017, godz. 10:08 - Dorota Marzec