Tekst pochodzi z informatora o konferencji "CZAS się tym zająć" zorganizowanej z okazji dziesięciolecia istnienia Kolegium MISH na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II.

 

Joanna Głaz i Michał Szatiło

 

W ostatnich dniach na KULu, a szczególnie w piwnicy Collegium Norvidianum, dało się zauważyć dwoje studentów siedzących bez sensu, ni to czekających, ni to nudząych się, w oczach których dostrzec można było pomieszanie tęsknoty za minioną przeszłością i obawy przed nadciągającą przyszłością. Zjawisko to zdiagnozowano jako „studenci V roku MISH”. By jakoś zająć czymś ich uwagę i przez chwilę sprawić, by poczuli się ważni, poprosiliśmy o kilka słów na temat ich obecności na MISHu i wspomnień z nią związanych. Krótko i na temat:

 

Michał: MISH zawsze miał rozpoczęcie roku akademickiego wcześniej niż pozostali studenci. Podczas inauguracji mojego roku najbardziej podobał mi się fragment, kiedy profesor Gutowski opowiedział, jak studentom MISHu nie wypada się zachowywać. Przytoczył przykład dziewczynki, która weszła na zajęcia, rzuciła plecakiem pod ścianę, siadła nonszalancko i powiedziała z dumą: „Ja jestem z MISHu!”. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że jest bardzo nieładnie uważać się za elitę, więc się za nią nigdy nie uważaliśmy.

 

Asia: Choć było to prawie 5 lat temu, nie mam problemu, by przypomnieć sobie początki mojej egzystencji na MISHu. Przyszłam nie znając nikogo, lecz już pierwszego dnia poznałam prawie wszystkich z mojego roku. A to za sprawą niefortunnego (a może właśnie fortunnego) spotkania integracyjnego, na które byliśmy umówieni ze studentami starszych lat. Byłoby niemal rodzinnie, gdyby nie to, że narybkowi pomieszały się bramy i zamiast czekać pod Grodzką, staliśmy pod Krakowską. Zintegrowaliśmy się, ale we własnym, pierwszorocznym gronie.

 

M: Pierwsze tygodnie były dla mnie źródłem nieustannego stresu. Najbardziej martwił mnie brak tutora, zwłaszcza, że pozostali studenci już kogoś mieli. Ja przyjąłem sprytny system poszukiwań według zasady: „Jeśli nie wiesz co zrobić, znajdź kogoś, kto się na tym zna”. Udałem się do dr Moniki Wójcik, która miała już czwórkę podopiecznych i wiedziała, czym zajmują się tutorzy. Poprosiłem ją o polecenie mi kogoś dobrego, a ona wysłała mnie do dr Michaliny Dudy z Katedry Prawa Finansowego, co okazało się najlepszą decyzją, jaką podjąłem podczas pięciu lat studiów.

 

A: Tutora odnalazłam już na spotkaniu inauguracyjnym. Miał być z socjologii, a ponieważ akurat ktoś z socjologii tego dnia przyszedł, więc trochę przypadkiem trafiło na dra Wadowskiego z socjologii. I tak już pozostało przez następnych pięć lat (choć oczywiście dalej już o przypadku nie było mowy). Ułożenie programu nie sprawiło mi większych problemów. Zajęcia nie nakładały się na siebie, a że okienek miałam bardzo dużo, to zamieszkałam w Kanciapie, bo gdzieś ten wolny czas trzeba było spędzać. Tam było miło i przytulnie, więc już tak tam siedzę od 5 lat (oczywiście z małymi przerwami na zajęcia).

 

M: Kanciapa to temat na odrębną historię. Początkowo znajdowała się w Gmachu Głównym, za takim śmiesznym przepierzeniem, przez które nazywano ją Zagrodą. Oczywiście nasz rok wszystko pozmieniał i stworzył nową nazwę, która szybko się przyjęła. Do Kanciapy przychodziło się porozmawiać i surfować po Internecie. Początkowo baliśmy się tam chodzić ale jak już zaczęliśmy, to z trudem wychodziliśmy na zajęcia. Czasem też nie wychodziliśmy, bo lenistwo jest zbyt słodkie. Następnie przeniesiono nas do Collegium Norvidianum na parter, skąd strącono nas jak za karę, do piwnicy w tym samym budynku.

 

A: Tych kilka lat szybko minęło pod czujnym okiem dziekanatu, opiekuńczej i pomocnej dyrekcji, zajęć które nas rozwijały oraz przedmiotów, na myśl o których miałem ochotę spać w łóżku zamiast na twardych krzesłach.

 

M: No tak, ledwo zaczęliśmy, a tu żegnać się trzeba. Zarówno z tekstem, jak i ze studiami. Chyba nie żałujemy swojego wyboru, skoro widać nas tu tak często, że pewnie już się wszystkim znudziliśmy. Zmieniliśmy się – to pewne. Nadszedł moment, by zweryfikować w końcu plotki, że poza Kanciapą i po studiach też jest życie. Nie chce nam się w to wierzyć, ale najwyższa pora to sprawdzić.