Krótka książka o „zapijaniu" życia

Gdyby chciano obniżyć średnią wieku w ośrodkach dla uzależnionych powinno się tam wysłać bohaterów książki Osiem cztery Mirosława Nahacza. Urodzeni w latach osiemdziesiątych, trochę zawieszeni między jawą a narkotykowymi myślami, między dorosłością a dzieciństwem, oddają się różnorakim libacjom, które stanowią sposób na życie a właściwie ucieczkę od niego. Czy to jednak wystarczy, żeby zachęcić albo odstraszyć od czytania?

Bunt w pewnym wieku bywa podobno rzeczą ludzką, mało tego, dla niektórych staje się wręcz wewnętrznym imperatywem. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy nie ma po co i z kim walczyć. Postawieni w takiej sytuacji bohaterowie Osiem cztery są niezadowoleni i jakby zawieszeni, bo żyją kiedy żyją i bić się nie ma o co...W pamięci mają zamazane czasy PRL-u a także te jeszcze bardziej odległe i zamierzchłe, właściwe im nieznane.

Takie zawieszenie i pustkę przedstawia Nahacz bardzo trafnie. W książce właściwie nic się nie dzieje i może dlatego czuć gęsią skórkę od jakiegoś wewnątrzksiążkowego krzyku: Zróbcie coś z tą rzeczywistością, bo oszaleję!!! Bo kiedyś można było stanąć z bronią w ręku i walczyć, przelewać krew, o coś, za coś, kiedyś można było być bohaterem, kiedyś sprzeciwiano się władzy i czytano po kątach zakazane książki. Kiedyś można było być dzielnym... A teraz to zazwyczaj zbiera się grzyby, pali, pije, niby stoi się w miejscu, niby ucieka i powraca w to samo miejsce, jakby rzeczywistość obsuwała się pod stopami. A chciałoby się może być jednym z Kolumbów, ale wtedy to trzeba na trzeźwo.

Akcja trwa krótko - wszystko dzieje się podczas nocnej imprezy, na której rzeczywistość miesza się z wizjami mniej i bardziej realnymi. Nahacz wspaniale przytacza natłok myśli o wszystkim i o niczym. O czasie przestrzeni, tym co dzieje się w nas samych. Jakby myśli rodziły się w bohaterze samoistnie i trochę - mówiąc absurdalnie -nieświadomie. Odgłosy rzeczywistości brutalnie wdzierają się w do świata nahaczowych bohaterów.

Książka jest właściwie dwustronna. Po jednej stronie picie, palenie (i kto wie co jeszcze), świat zepsutej młodzieży i buntu, którego nie ma. Po drugiej, myślenie o tym wszystkim, co się dzieje, o rzeczywistości, która zmienia się w ontologiczną pustkę. Bohaterowie wiedzą, że być może nie wszyscy się stoczą, ale i tak większość postępuje według zasady „trwaj chwilo". To przykuwa uwagę, ale nie wystarcza. Ma się wrażenie, że czegoś tutaj brakuje, że autor o czymś zapomniał.

Głównym atutem książki jest język, którym Nahacz wspaniale opisuje otaczający go świat. Napisana z polotem i weną, to dużo, ale niewystarczająco. Nie należy się w niej dopatrywać jakiegoś głosu pokoleniowego. To coś w rodzaju kawałka potłuczonego lustra, które nie jest w stanie wiernie odzwierciedlić tego, co by się chciało. Jeden spośród wielu głosów o tym, co dzieje się z młodymi ludźmi tu i teraz. W książce są dwie warstwy, czyta się dobrze, ale głębi tam nie ma. To krótka historia o tym, jak się bawią, z czym, choć nie wiedzą dlaczego; i jeszcze o tym, jak się myśli po używkach, czy filozofuje przy alkoholu. To trochę powieść o zabijaniu siebie, a może zapijaniu siebie. Wydźwięk negatywny i o to chodzi. Ale przecież może to „prawdziwe ja w końcu wytrzeźwieje". A jeśli nie....

Autor: Karolina Bodo



Chybiony tytuł, czyli powieść o moim - nie-moim pokoleniu

Mirek Nahacz, chłopak starszy ode mnie zaledwie o cztery miesiące, napisał książkę o swoim pokoleniu zatytułowaną Osiem cztery. To zatem także powieść o moim pokoleniu. Przecież ja też żułam gumę Turbo i oglądałam „Dynastię". Mamy wspólne wczoraj, ale różne dziś.

Bohaterami krótkiej powieści Nahacza są znudzeni wszystkim, rozpieszczeni młodzi ludzie, którzy szukają sensu życia. Przypominają mi trochę chłopców z piosenki Myslovitz. „Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę. Szukają czegoś, co wypełni im czas.(...) palą jointy. (...) Robią wszystko żeby stąd uciec. Kiedy wreszcie mogą, to wtedy nie mogą się ruszyć." Prezentowane przez autora pokolenie, to pokolenie niemocy, stracona generacja. Mają perspektywy, mają warunki, by się rozwijać, ale pogrążają się w marazmie. Świadomi czekającej ich rutyny, buntują się przeciwko życiu według schematu szkoła - praca - dom - rodzina. Chyba niedokładnie wiedzą czego chcą, ale wiedzą, czego nie chcą. Nie chcą żyć jak cała reszta. Byle jakie życie ubarwiają sobie alkoholowymi i narkotycznymi ekscesami. Postawa młodych ma w sobie coś z XIX-wiecznego dekadentyzmu. Uciekając w świat używek, bohaterowie próbują wypełnić pustkę i zagłuszyć ból istnienia. Na nic więcej ich nie stać. Mają tylko siebie. Nie łączą ich żadne głębsze relacje z rodzicami czy starszymi, chociaż bardzo by tego chcieli. Nie ma sensu się starać, nie ma dla kogo: „(...) nam wolno prawie wszystko, myśleć, mówić, a w dodatku nic nie musimy, nie trzeba się bić, zresztą nie ma o co, nie ma żadnych idei, jak ktoś chce może na siłę zostać harcerzem albo ministrantem, może odnajdzie sens i podobne duperele, nam to nie jest do niczego potrzebne" - pisze autor. Według niego jesteśmy rozpieszczonym pokoleniem, które weszło w XXI wiek bez bagażu doświadczeń, bez wartości i ideałów. Brakuje nam scalającego nas przeżycia pokoleniowego. Żyjemy w komfortowych, wygodnych czasach. Nie ma wojny, ani reżimu. Jest tylko pustka, nicość i niemoc. Nie ma z kim walczyć, przeciwko komu się buntować. I to jest najgorsze. „Bóg nam robi kawał, żeby nie było za nudno: myśli sobie - wszystko macie w porzo, więc dopierdolę wam ciągłe lęki egzystencjalne, żeby nie było, że macie raj na ziemi". Te lęki i pojawiającego się od czasu do czasu morala trzeba jakoś zagłuszyć. Można np. udać się na grzybobranie. Taką sielską scenką, rodem z „Pana Tadeusza" rozpoczyna się mini-powieść Nahacza. Ale jego bohaterowie kolekcjonują inne grzybki - halucynogenne prawdziwki. To forma relaksu, ucieczki przed szarością życia i odpowiedzialnością. Bohaterowie Nahacza boją się dorosłego życia, chcą powrócić do bezpiecznych czasów dzieciństwa.

Mocną stroną prozy Nahacza jest język - mieszanka literackiej i potocznej polszczyzny. Żywy, bogaty, plastyczny i dowcipny, a przy tym zwięzły i konkretny. Jest bardzo zróżnicowany - od lirycznego opisu po dosadne bluzgi. Ale autor prowadzi narrację umiejętnie i z klasą, dlatego język nie razie brutalnością, a pojawiające się wulgaryzmy mają tam swoje miejsce i rację bytu.

Temat powieści Nahacza jest niewątpliwie ważny, aktualny i trudny. Fabuła nie jest tu najistotniejsza. Wręcz przeciwnie, jest tylko pretekstem do prezentacji pewnych treści. Trzeba się przez nią przebić, by zobaczyć coś więcej. To nie jest płytka historia o imprezie, grzybach i jointach. Gdzieś między wierszami pojawiają się próby określenia siebie, odnalezienia swojego miejsca w świecie, pytania o sens życia.

Każdy młody człowiek poszukuje miejsca dla siebie, swojego sposobu na życie. Często eksperymentuje i uczy się na własnych błędach. Ale rzeczywistość przedstawiona przez Nahacza nie jest moja. Ja nie należę do świata chłopców. Ich egzystencjalny bunt jest mi bliski, jest słuszny i naturalny, ale bierność mnie irytuje. Jeśli autor chciał przedstawić obraz swojego pokolenia, tytułowego pokolenia Osiem cztery, to mu nie wyszło. Przez pomyłkę napisał książkę o czymś innym, i to mu się jak najbardziej udało.

Autor: Dorota Kowalczyk (IV rok filologii polskiej)



Droga do(ni)kąd?

Debiutancka książka Mirosława Nahacza - Osiem cztery to niezwykły zapis przeżyć sfrustrowanego, mocno zagubionego, stojącego u progu dorosłości chłopaka. To opowieść o wkraczaniu w trudną dorosłość, o postrzeganiu rzeczywistości oczyma osiemnastolatka, który nie może, nie umie i nie chce się w nią wtopić. Otaczający świat budzi w nim przerażenie, prowincjonalność zapadłych miasteczek tchnących nudą i pustką - zobojętnienie i bezczynność. Wiek, w którym jest bohater to trudny okres w życiu człowieka. To czas buntu, agresji, wyrażania- wręcz wykrzyczenia własnego „ja", braku poczucia sensu życia. Dlatego dla bohaterów Osiem cztery ucieczką od niepewności, poczucia zagubienia i pustki jest przejście na drugą - tę barwniejszą stronę rzeczywistości, która dostępna jest tylko wtajemniczonym, tym którzy nie obawiają się sięgnąć po grzyby halucynogenne, marihuanę czy tym podobne specyfiki. Młody człowiek nie radząc sobie z przerastającymi go problemami ucieka do świata domniemanej arkadii, gdzie koledzy i używki wydają się być dla niego schronieniem, bezpieczną przystanią. Szuka miejsca, gdzie nie będzie przez nikogo atakowany i stawiany pod murem. To łatwe rozwiązanie, otwierające jednocześnie okno na inny świat, to dla niektórych „trafienie na klamkę".

Już sam początek nie pozostawia złudzeń - nie będzie to historia o pogodnym dorastaniu. Nahacz operując szeregiem epitetów typu: szary, wyblakły, mokry, pozbawiony kolorów... buduje napięcie i zapowiada wydarzenia, ale i tworzy szarą, jałową scenerię. Mówiąc językiem narratora, ujarana grupka przyjaciół po mało udanym grzybobraniu, przenosi się na imprezę do jednego z kolegów. Od razu wybucha mały spór o to, który z chłopaków dostąpi zaszczytu zasmakowania drogocennego specyfiku zebranego w lesie. Pretendentów jest kilku, a żaden nie skory by ustąpić drugiemu. W rezultacie sprawę rozstrzyga gra w papier - nożyczki.

Tak to już jest, że w generalnie wesoły, beztroski, imprezowy nastój często wkrada się duch wspomnień, jak pisze Nahacz - „dopadają retrospekcje". Doświadcza ich główny bohater, który mimo iż jest wśród dużej grupy ludzi, nagle odczuwa potrzebę alienacji. „Trzeba wyjść, odejść, być samemu, z dala od". I wtedy właśnie - taki wyizolowany, ale i mocno nietrzeźwy, dochodzi do ciekawych spostrzeżeń. Jego umysł pracuje na najwyższych obrotach, paradoksalnie właśnie wtedy, gdy powinien pozostać w niedyspozycji. Rozmyślania bohatera nie są pozbawione głębi, mają charakter wręcz metafizyczny.

Akcja drugiej części książki przenosi czytelnika w zgoła nietypowe miejsce, bo na ... dach niedokończonego jeszcze domu jednego z bohaterów. Tam - na dole wszyscy się bawią lub też zaczynają odchorowywać uroki imprezy, natomiast tu - na górze dzieje się coś ważnego. Mamy tu do czynienia z dwiema przestrzeniami - ziemską i ... wręcz niebiańską. Chłopcy obserwują wschodzące słońce i z perspektywy Demiurga doświadczają powstawania świata, rodzenia się kolorów, wyłaniania się wszystkiego z ciemności. Pojawia się tutaj ulubiony przez Nahacza motyw jednoczesności. Zupełnie niesamowitym jest, że my istniejemy, podczas gdy w każdym innym miejscu na ziemi, żyje, rodzi się i umiera inny człowiek. Ciągle coś się dzieje, słońce zachodzi, ale nastaje moment, że musi wzejść na nowo. Codziennie. Nagle w świadomości bohatera rodzi się myśl, że to „stawanie się" jest najważniejsze.

Co więc musi się stać, jaki impuls nami zawładnąć, byśmy spostrzegli (choć raz na jakiś czas) wschodzące słońce, a wraz z nim budzącą się nadzieję? Wraz z narodzinami słońca, rodzą się nowe możliwości, perspektywy. Generalnie ludzie są daltonistami, widzą tylko szare odcienie, bo tak łatwiej jest żyć. Po co się męczyć skoro zawsze można sobie ponarzekać na pusty i płytki świat. Nahacz próbuje nam być może przypomnieć, że codziennie jest szansa, by wziąć się za siebie, by wziąć sprawy w swoje ręce i wreszcie uporządkować to, co w życiu zaplątane. A wątpliwości, które na końcu dopadają bohatera... No cóż, któż ich nie ma?

Autor nie jest jednak żadnym moralistą. Wręcz przeciwnie. Sam mówi: „Osiem cztery w dużej mierze jest zapisem stanu myślenia jak się ma osiemnaście lat. W takim sensie, że duża część przyjemności, której doświadczam jak ją czytam polega na tym, że widzę siebie jaki wtedy byłem. Tak, to jest dokładnie tak, jakby się przeglądało album ze zdjęciami".

Autor: Joanna Bielecka



 

Autor: Agnieszka Dybek
Ostatnia aktualizacja: 24.05.2009, godz. 21:03 - Aneta Mitrowska