[Amelia Kania - Szafrańska]: Jest rok 1956. Wyjechałam z Lublina, mieszkam pod Warszawą. Szukam pracy. (...) Udało mi się otrzymać etat dezynfektora powiatowego w Piasecznie. Wynagrodzenie 560 zł miesięcznie. (...) Byłam dobrze widziana w każdym chlewie i oborze. Nim wyciągnęłam i podałam szczepionkę, szef przedstawiał mnie: „Pani magister Amelia Szafrańska”. Czasem wydawało mi się, że co rozumniejsze i okazalsze warchlaki z uznaniem pomrukiwały w tym momencie.
Potem dwoje dzieci, przeprowadzka do Warszawy o znów starania o pracę. (Ach, jak ja zazdrościłam wtedy nawet bileterce w tramwaju!). Najpierw w szkole podstawowej. Na twarzy dyrektora błysk zadowolenia, że polonistka. Potem: „Gdyby nie ten dyplom, tylko jakieś kursy...”. Potem w liceum ta sama historia z dyplomem, który nie od razu pokazałam, chcąc najpierw usłyszeć parę miłych słów. Później jednak słyszę: „To ci heca! Pilnie poszukujemy polonistki, ale... czy potrafiłaby pani ukazać prymasa Wyszyńskiego jako wroga Polski Ludowej?”. Boże, jestem tak blisko celu...
Dyrektor liceum przygląda mi się badawczo. Długo ważę odpowiedź: „Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym”. Wtedy ze zdumieniem spostrzegam, że jego twarz rozjaśnia się. „A czy pani wie, że ja przed wojną byłem w Sodalicji Mariańskiej”. Wówczas tamy pękły. Wskazał mi odpowiednie osoby w kuratorium i doradził, jak mam załatwić sprawę. Ostatecznie nic z tego nie wyszło: dyplom okazał się przeszkodą nie do przezwyciężenia.


[Bohdan Królikowski]: Musiałem (...) z czegoś żyć jako ten dwudziestodwuletni, świeżo upieczony magister. Na początku 1956 dowiedziałem się, że w żeńskim Liceum Ogólnokształcącym w Zamościu jest pół etatu dla polonisty. Dobre i to. Złożyłem podanie i w drugim półroczu miałem rozpocząć lekcje. Jednakże moje papiery wysłano do Lublina, do Kurtorium. Tam wzięła je do ręki urzędniczka, członkini ZMP. „Jak to? – powiedziała z oburzeniem – chcecie przyjąć kulowca?” – I nie przyjęli, za co teraz dzięki Bogu. Złożyłem więc podanie o pracę w zamojskim inspektoracie PZU. Tam mi odmówiono pod pretekstem, że nie mam uregulowanego stosunku do służby wojskowej. Przepracowałem jednak parę miesięcy w PZU, ale w Lublinie, jako tzw. likwidator szkód gradowych, jeżdżąc po wsiach i licząc połamane kłosy.
Po wakacjach – za radą profesor Sławińskiej – zaczepiłem się (na parę lat, do ukończenia rozprawy doktorskiej) w Bibliotece Uniwersyteckiej, w której pozostałem...lat 35, do czerwca 1991. A tak bardzo nie chciałem pracować w szkole, ani w bibliotece!


[Marcin Morawczyński]: (...) po czterech latach pobytu na Wyspie Szczęścia poczułem się z mojego miejsca (...) wykorzeniony, wyrzucony na ląd tak dobrze mi znany, a już obcy, nieprzyjazny (...) Kiedy praca w zawodzie redaktorskim okazała się mirażem, oswajałem się z ewentualnym urokiem porzekadła: „bodajbyś cudze dzieci uczył”. Rozeznałem sprawę w swoim mieście: w szkołach średnich wszelkiego typu nauczycieli z przygotowaniem do przedmiotu można było policzyć na palcach jednej ręki. W szkołach podstawowych uczyli nauczyciele po siedmiu klasach i sześciomiesięcznych kursach. Nie przypuszczałem więc, że będą trudności z uzyskaniem pracy nauczycielskiej.
 Szkoły podstawowe były pierwszym etapem mojego pielgrzymowania w pokutnej włosiennicy. Różnie wyrażano tę samą odpowiedź: brak etatu. Wreszcie wizyta u inspektora, który władał oświatą na poziomie podstawowym w mieście i powiecie. Po wysłuchaniu mojej oferty (nie kwapiłem się podawać nazwę uczelni) wymienił kilka szkół: na wsi praca od dziś, a w mieście od półrocza. Dodał jeszcze, bym przyniósł dyplom i polecił (...) zgłosić się do kierownika szkoły.
Dotarłem tam po kilku godzinach, zaanonsowany telefonicznie i oczekiwany przez kierownika. Przyjął mnie z nieukrywaną radością: herbatą z kanapkami, a nawet propozycją mieszkania (u jednego z gospodarzy), dla zachęty dodając, że żona też może być od zaraz: trzy nauczycielki są w stanie wolnym.
Ale... na drugi dzień telefon od kadrowej z Wydziału Oświaty, bym się tam zgłosił. Jakież było moje zaskoczenie, gdy kadrowa zaprowadziła mnie do inspektora, a ten z furią skoczył na mnie: dlaczego mu nie powiedziałem, kim jestem?
Okazało się, że dla uzgodnienia mojego engagement poszedł on do... Komitetu Miejskiego, gdzie otrzymał mój portret z pamięci, podretuszowany opinią Zarządu Powiatowego ZMP z czasów licealnych, uzupełniony informacją o studiach. O pracy nie było już mowy...

 
[Tadeusz Kłak]: Przed ukończeniem studiów musiałem sobie stawiać pytanie, co dalej robić. Nie zamierzałem szukać pracy w szkole, gdyż wolałem związać się z instytucjami, w których zatrudnienie pozwalałoby zajmować się pisaniem i sprawami literackimi. Przed Październikiem 1956 r. dla człowieka z dyplomem KUL – u trudno było uzyskać takie miejsce, o ile nie zmienił on całkowicie swojej ideowej i światopoglądowej orientacji, a i później o zatrudnienie w podobnych instytucjach nie było łatwo, prasa na przykład należała do ściśle odwzorowanego „frontu ideologicznego”. Z tego powodu absolwenci KUL – u szukali, zwykle poprzez młodzieżowe przybudówki PAX – u, miejsca w czasopismach lub w wydawnictwie tej grupy politycznej, ja też skorzystałem z podobnej możliwości i otrzymałem we wrześniu 1955 r. zatrudnienie w dziale kulturalnym „Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego” (...) z końcem 1956 r., już po Październiku, opuściłem to pismo i podjąłem pracę w Bibliotece Uniwersyteckiej KUL. Bardzo sobie ten czas chwalę, bowiem znalazłem się w ciekawym środowisku z takimi indywidualnościami, jak dyrektor Biblioteki, o. Romuald Gustaw oraz jego zastępcy – Witold Nowodworski i Jan Wiśliński, zresztą ciekawych osobowości było wśród personelu Biblioteki więcej. Wiele dały mi też kontakty z o. Gustawem, a miał on głęboką i rozległą erudycję, duże poczucie humoru z domieszką ironii, a do tego był zapalonym melomanem.

[Halina Janina Rozwadowska - Milczarska]:
Po ukończeniu studiów wystąpił (...) problem zatrudnienia. Oto kilka refleksji. Czytałam kiedyś wypowiedzi moich kolegów na temat prześladowania ich z powodu ukończenia KUL i trudności w znalezieniu pracy. Na pewno tak było. Otóż ja należę chyba do wyjątków, gdyż miałam trudności z zatrudnieniem, ale powód był inny. Po prostu w związku z reformą szkolnictwa przeprowadzoną w naszym roczniku (...) wielu młodych ludzi poszukiwało wówczas pracy.
Miałam szczęście, bo szybko dotarłam do szkoły, w której brakowało nauczyciela języka polskiego i historii, gdzie przyjęto mnie bez problemu.


[Wiesława Sanecka - Tombacher]: Po zdaniu egzaminu magisterskiego, w połowie czerwca 1955 r., złożyłam papiery, wraz z dyplomem, do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, na wydział reżyserski. Jako scenariusz reżyserski na egzamin wybrałam „Głupiego Jakuba” Tadeusza Rittnera (o tej sztuce pisałam pracę magisterską). Sądziłam, że mały realizm tego dramatu nie powinien drażnić komisji.
Na nieszczęście zapytano mnie, czym mogę się pochwalić. A ja, niebacznie, wymieniłam misteryjną koncepcję III części „Dziadów” w Teatrze Akademickim. Członkowie komisji uśmiechnęli się uprzejmie. Pokiwali głowami. Wyszłam z poczuciem, że zdałam dobrze. Jednak na liście przyjętych na studia nie znalazłam mego nazwiska. (...) Po roku 1956 – po zmianach „październikowych”, kiedy wydawało się, że stalinizm już nie istnieje – znalazła się w Warszawie grupa absolwentów KUL – u, w większości dawnych aktorów Teatru Akademickiego, szukających swego miejsca w życiu. Postanowiliśmy nasze studenckie doświadczenia teatralne  przenieść na teren warszawski (...).
Rozpoczęliśmy działalność od wieczorów poetyckich. Prezentowaliśmy je w Laskach i w zrujnowanym kościele św. Marcina, przy ulicy Piwnej w Warszawie. Wydarzeniem stało się wystawienie w tym kościele „Nocy adwentowej” Zawieyskiego. Nie mogło być lepszej scenerii dla tego tekstu.

 

Autor: Liliana Kycia
Ostatnia aktualizacja: 18.09.2008, godz. 14:03 - Liliana Kycia