Przyjaciele o Przyjacielu

W miejsce biogramu naukowego przytaczamy wspomnienia prof. Cezarego Tarachy oraz prof. Mirosława Filipowicza, które ukazały się po śmierci prof. Janusza Droba w lutym 2011 r.

 

 

Profesor Janusz Andrzej Drob

 

„Nie wiem, w jakiem szedł strony,

Lecz gdym się znalazł u celu,

Dostrzegłem światłem olśniony

Głębie tajemnic wielu”.

 

Św. Jan od Krzyża, „Wszedłem w nieznane”

 

 

   Z Januszem zetknąłem się po raz pierwszy podczas studiów historycznych w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, w drugiej połowie lat 80. XX w. Byłem wówczas uczestnikiem seminarium magisterskiego prowadzonego przez profesora Wiesława Mullera. Wśród najbliższych współpracowników Profesora znajdował się dr Janusz Drob. Z tamtych lat pamiętam jego błyskotliwe i zwięzłe wypowiedzi, komentarze, wskazówki, wielką łatwość w przechodzeniu od analizy do ujęć syntetycznych. Janusz zawsze znajdował czas na rozmowę i dyskusję. On to lubił, cenił  intelektualny dialog, konstruktywny spór. Później staliśmy się kolegami z pracy współpracującymi w różnych przedsięwzięciach naukowych, dydaktycznych, organizacyjnych.

   Kim był człowiek, który zaskarbił sobie życzliwość i szacunek tak wielu ludzi? Jak wyglądała jego życiowa i akademicka droga?

*  *  *

   Janusz Drob urodził się 12 lutego 1952 r., w Cycowie. W początkach lat 70. XX wieku związał swoje losy z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim. W 1977 r. ukończył studia magisterskie w zakresie historii, a następnie (1979) rozpoczął pracę jako asystent w Katedrze Historii XVI-XVIII wieku na Wydziale Nauk Humanistycznych KUL. W roku 1985 obronił rozprawę doktorską. Następne dwa lata spędził w Rzymie.  Dzięki stypendium naukowemu w Scuola Storica Italo-Polacca, a następnie Fundacji Lanckorońskich (1990) prowadził kwerendę dotyczącą instytucji poczty oraz obiegu informacji w nowożytnej Europie. Znakomita praca poświęcona temu zagadnieniu  („Obieg informacji w Europie w połowie XVII wieku w świetle drukowanych i rękopiśmiennych gazet w zbiorach watykańskich”, Lublin 1993) stała się podstawą przewodu habilitacyjnego. W 1994 r. uzyskał stopień naukowy stopnia doktora habilitowanego, a następnie profesora nadzwyczajnego KUL. W 2002 r. został kierownikiem Katedry Historii XVI-XVIII wieku, a od 2005 r. pełnił również funkcję kuratora Katedry Dydaktyki i Historii Szkolnictwa. Prowadził wykłady, seminaria magisterskie i doktorskie. Wyjeżdżał na badania i kwerendy do Belgii, Francji, Italii. Włączył się także do współpracy naukowej z Hiszpanią, zwłaszcza z Uniwersytetem La Rioja, biorąc udział w konferencjach z historii porównawczej organizowanych w Logroño i Lublinie.

   Profesor Drob jest autorem wielu znaczących prac naukowych. Jego badania dotyczyły szeroko rozumianej problematyki religijnej, kulturowej, politycznej, obiegu informacji. Interesowały go kategorie czasu i przestrzeni, a w konsekwencji zagadnienie relacji człowieka z Bogiem. Wśród jego publikacji, obok wspomnianej już rozprawy habilitacyjnej, na szczególną uwagę zasługuje interesujące studium pt. „Trzy zegary. Obraz czasu i przestrzeni w polskich kazaniach barokowych” (Lublin, TN KUL, 1998). Wydane zostały również opracowane przez niego podręczniki szkolne z zakresu historii nowożytnej dla gimnazjum oraz liceum, które zyskały aprobatę Ministerstwa Edukacji Nauki i Szkolnictwa. Cechą charakterystyczną jego pisarstwa historycznego była wybitna kultura słowa, operowanie piękną, bogatą polszczyzną, za którą stała szeroka erudycja i pogłębiona refleksja na przeszłością i kondycją człowieka.

   Profesor Drob był członkiem Lubelskiego Towarzystwa Naukowego, Towarzystwa Naukowego KUL oraz Oddziału Lubelskiego PAN. Wchodził także w skład Zarządu Instytutu Geografii Historycznej Kościoła w Polsce przy

Działalność naukową i dydaktyczną łączył z pracą o charakterze administracyjnym. Obdarzony zaufaniem środowiska uniwersyteckiego, pełnił funkcje Kierownika Sekcji Historii (1995-1999) oraz Dziekana Wydziału Nauk Humanistycznych (1999-2008). W ostatnich latach był również Rektorem Wyższej Szkoły Biznesu im. biskupa Jana Chrapka w Radomiu. Dał się wówczas poznać jako wyrozumiały przełożony podchodzący z tą samą osobistą kulturą, życzliwością i łagodnością do współpracowników, podwładnych oraz młodzieży studenckiej.

*  *  *

   Od czasów studenckich chętnie angażował się w działalność opozycyjną na rzecz wolności Polski. Utrzymywał bliskie kontakty ze środowiskiem skupionym wokół, wydawanego w Lublinie, pisma młodych katolików „Spotkania”, jednego z pierwszych czasopism ukazujących się poza zasięgiem cenzury. W 1980 r. współuczestniczył w organizowaniu struktur organizacyjnych NSZZ „Solidarność” w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W roku następnym został redaktorem działu historycznego czasopisma „Miesiące”, wydawanego przy Zarządzie Regionu NSZZ „Solidarność” w Lublinie. Za swoją działalność pro publico bono został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi oraz odznaką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP „Zasłużony Działacz Kultury”. Pośmiertnie Prezydent Rzeczypospolitej przyznał mu Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

*  *  *

   Wielką wartość dla Janusza stanowiły rodzina i domowe zacisze. W 1982 r. zawarł związek małżeński z Moniką, na świat przyszły córki Weronika i Karolina. Szukając słowa, którym mógłbym opisać ich prywatne życie, znajduję przede wszystkim to jedno: harmonia. Ich gościnny dom był zawsze otwarty dla przyjaciół, znajomych, współpracowników, studentów. Tu również, niczym u świętego Franciszka, znajdowały schronienie i troskliwą opiekę porzucone przez właścicieli zwierzęta, psy, koty.

*  *  *

    3 lutego 2011 r., tuż przed kolejną rocznicą urodzin, i w pełni sił twórczych, Janusz zakończył jakże owocne ziemskie pielgrzymowanie. Z naszej perspektywy było to wydarzenie nagłe, niespodziewane, trudne do zaakceptowania. Wszak miał wiele planów i my… mieliśmy wiele planów związanych z jego obecnością pośród nas.

    On jednak odszedł do „Domu Ojca”. Cicho, spokojnie, tak jak żył. Pozostawił po sobie przesłanie o  potrzebie rzetelnej pracy intelektualnej, o konieczności życzliwego, ale krytycznego podchodzenia do rzeczywistości, a przede wszystkim o szacunku dla wszystkich ludzi. W naszej pamięci pozostanie jako człowiek szlachetny i łagodny, pełen optymizmu i zawsze służący cenną radą.

 

Cezary Taracha

(tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie "Teka Komisji Historycznej PAN", t. 8, 2011)

 

Profesor Janusz Drob. Historyk docierający do sedna

   Nigdy nie myślałem,  że kiedyś przyjdzie mi pisać o nim w czasie przeszłym. Owo „kiedyś” przyszło radykalnie zbyt szybko. Swą śmiercią zaskoczył nie tylko mnie. Przy całej swej ułomności i delikatnej konstrukcji fizycznej, był jednym z ostatnich ludzi, o których śmiertelności się myślało. Miał zresztą do swych fizycznych niedomagań cudownie autoironiczny stosunek. Dopiero po chwili docierało do jego rozmówców, że ten śmiech z siebie musiał go sporo kosztować, że wymagał wielkiej dzielności. Chyba nigdy nikomu nie uskarżał się na własne problemy. Potrafił za to słuchać o problemach innych i – gdy mógł – jakoś, choćby rozmową, a często nie tylko w ten sposób – pomagał.
   Poznałem go w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Chyba w 1983 r. Był wtedy jeszcze magistrem, kończył doktorat. Ćwiczenia z historii nowożytnej powszechnej trwały krótko, tylko 45 minut tygodniowo. Był to w ogóle świetny czas historii na KULu: Kłoczowski, Bartoszewski, Stanowski, Bieńkowski, Zwolski, wkrótce Strzembosz: same znakomitości wymieniać można by jeszcze długo. I tu nagle zaskoczenie: ten niepozorny magister, z nieodłącznym papierosem. Czytaliśmy na zajęciach klasyków myśli nowożytnej. Najbardziej znudzeni z nas otwierali szeroko oczy i wychodzili na tyle zaciekawieni, by potem czekać na kolejną okazję. W tym była jakaś świeżość. I, w odróżnieniu od licznych wielkich, Janusz Drob potrzebował bardzo niewielu słów i bardzo niewielu minut by dotrzeć do sedna. Tak, umysł tego człowieka – to wiedzieliśmy, młodzi studenci, już wtedy – był ostry niczym brzytwa. Już wtedy też dał się poznać jako uosobienie łagodności. Że potrafił być wymagający, dowiedziałem się sporo potem.
   Bliżej poznałem go przed dwudziestu laty, gdy zacząłem z nim w ówczesnej Sekcji, a dzisiejszym Instytucie Historii, pracować. Zajmowaliśmy się czym innym, ale obaj sporo wtedy paliliśmy. I chyba to pozwalało nam dłużej rozmawiać, najczęściej na starym dziedzińcu. Wkrótce poznałem jego dom i rodzinę, zżyliśmy się bardzo. Dzięki temu mogłem poznać trochę innego Janusza: był to człowiek bardzo rodzinny. Droczący się przesympatycznie z Moniką, wpatrzony w swe śliczne i rezolutne córki, był im oddany jak niewielu ojców potrafi. Był też człowiekiem anielskiej wręcz dobroci i cierpliwości wobec zwierząt. Pałętało się ich po domu Drobów zawsze wiele. Człowiek gubił się w imionach wszystkich tych psów i kotów, zapamiętując jedynie własnych faworytów. Janusz nie faworyzował żadnego z nich, będąc wobec wszystkich tak samo czuły i dobry i pozwalając na wszystkie chyba figle. Do legendy domowej należy opowieść, jak kiedyś, tuż przed przyjęciem w ogrodzie, psy wywąchały mięso przygotowane do grillowania i zakopały je gdzieś w krzakach. Skąd Monika awaryjnie wzięła nowe – pojęcia nie mam, ale też zawsze miała coś pysznego pod ręką. A owe psy – złoczyńcy? Nie, żadna kara ich nie dosięgła, dalej mogły robić swoje. Że ostatnio jakiś kot, bodajże imieniem Eryk, gryzł i drapał Janusza? I co z tego? Koty mogą gryźć i drapać. Zadaniem człowieka jest obdarzać je opieką. Tak właśnie myślał i nieźle oddaje to jego szerszy stosunek do świata.
   Tym, którzy znali go prywatnie, łatwo było, przynajmniej poczatkowo, wpaść w tę pułapkę, by postrzegać go jako czarującego dowcipnisia, causeura i duszę towarzystwa. Szereg jego żartów lub żartów z jego udziałem jest już legendarny, niestety większość z nich nie nadaje się do bezkarnego publicznego powtórzenia, zwłaszcza we wspomnieniu pośmiertnym. Jednak przy całym swym krotochwilnym dowcipie, był Janusz Drob, gdy trzeba, człowiekiem bardzo poważnym. W niełatwych latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych aktywnie włączył się w działania opozycji, ryzykując przecież sporo. O tej sferze jego życia pisał lepiej znający te rzeczy, bo i sam w tym uczestniczący Maciej Sobieraj. Warto jednak o tym wspomnieć i tu, by jakoś niesprawiedliwie nie redukować Janusza do owego wymiaru żartownisia. Fakt, żartownisiem potrafił być też. I to jakim!
   Chyba sam nie przypuszczał, że znajdzie się wród uniwersyteckich rekordzistów gdy idzie o długość kadencji dziekańskiej. Myślę, że nie przyszło mu do głowy, że w ogóle zostanie dziekanem. Jednak gdy go wybrano (wcześniej był kierownikiem Sekcji Historii, czyli dzisiejszego Instytutu) w 1998 r., już od pierwszej rady wydziału prowadzonej pod jego kierunkiem zapanował tam jakby nowy duch. Dziekan Drob sprawnie, bez biurokratycznego marudzenia i rozdzielania włosa na części, uświadomił nam wszystkim, że warto skoncentrować się raczej na poważniejszych sprawach Wydziału i Uniwersytetu. Że szkoda czasu na roztrząsanie tego, co jest faktycznie bez znaczenia. Wspomnę też, że – choć przecież nie jakiś maniak komputerowy – znacznie uprościł procedury wydziałowe, wprowadzając gotowe, uporządkowane listy zagadnień do głosowania, a dzięki temu uniknięto w wielu przypadkach chaosu. I znów dała o sobie znać ta właściwość jego umysłu, o której już wspomniano: potrzebował niewielu słów, zawsze jednak starannie dobranych i trafiających w sedno. Nie wiem, czy komukolwiek jeszcze po nim uda się to w tak perfekcyjnej formie.
   Będąc kierownikiem Sekcji Historii i Dziekanem, dał się poznać jako zręczny dyplomata, potrafiący negocjować i – to kwestia podstawowa – zazwyczaj mający w owych negocjacjach przed oczyma dobro Sekcji i Wydziału. W sumie też Uniwersytetu, choć władze uniwersyteckie nie zawsze o tym wiedziały czy chciały pamiętać. Z godnością i rozsądkiem prezentował racje Wydziału Nauk Humanistycznych. Kilka razy ratował honor nas, historyków z KULu, gdy komuś strzeliło do głowy pleść o dietetycznych zupkach podawanych w Oświęcimiu. Rada Wydziału, ceniąc sobie jego przewodnictwo, wybierała go trzykrotnie, w kolejnych kadencjach, na dziekana. Nie wiem czy komukolwiek przed nim się to udało.
   Last but not least, Janusz Drob jako historyk i autor. Najprościej można by powiedzieć, że był historykiem kultury nowożytnej Polski i Europy. To jednak będzie tylko przegródka w katalogu bibliotecznym, a rzecz jest w czym innym. Był, jak to już zaznaczono, człowiekiem wyrafinowanej inteligencji i niecodziennej umysłowej sprawności. Zasady warsztatu historycznego miał w małym paluszku. To mu jednak nie wystarczało, sięgał głębiej. Wszystkie stopnie naukowe osiągnął pod znakomitą kuratelą prof. Wiesława Müllera. Ten, odchodząc na emeryturę, mógł mieć pewność i komfort, że osoba jego następcy nie będzie narażać Katedry na intelektualną degradację. Skądinąd, wystawia to piękne świadectwo i profesorowi Müllerowi i  Januszowi Drobowi.  I jeszcze jedno. Dziś doświadczamy, nie tylko na KUL-u,  trywialnej łatwości bycia szefem tworzonej tuż po habilitacji katedry. Janusz na katedrę czekał długie lata. Czekał cierpliwie. Świetnie z profesorem Müllerem współpracował, był jako dziekan jego zwierzchnikiem, a jako pracownik katedry – podwładnym. I nie uważał za stosowne, by wystąpić o katedrę dla siebie. Choć przecież łatwo mógł. Piękny, a nie tak znów częsty przypadek. Może wzór do naśladowania...
   Ale by lepiej zrozumieć Janusza jako historyka, trzeba tu wspomnieć też o innym profesorze, Edwardzie Zwolskim. Na jego seminaria i wykłady uczęszczał Janusz Drob w najlepszych latach. I znalazł z nim łatwo wspólny język. Owo wyjście poza, obowiązujące przecież bez dyskusji, rudymenta warsztatu historycznego, tak charakterystyczne dla Zwolskiego, jakoś Drobowi odpowiadało i intelektualnie pomogło. Ci dwaj odnaleźli się jak w korcu maku. Zajmowali się innymi epokami. To akurat nie było większą przeszkodą, tym bardziej, że obaj nie dawali sie redukować do bycia specjalistami wyłącznie od własnych epok. Na cmentarzu przy Lipowej spocznie w niedalekiej odległości od profesora Zwolskiego. Pewno obaj się z tego cieszą.
   Chyba nie lubił pisać dużych tekstów. Robił to, gdy musiał. Ale, nawet jeśli przymuszony, robił to pysznie. Praca o obiegu informacji w siedemnastowiecznej Europie, efekt jego paroletnich kwerend rzymskich, to modelowe studium przedmiotu; będą do niego sięgać liczni następcy. „Trzy zegary”, czyli analiza polskich kazań barokowych w kontekście kategorii czasu i przestrzeni, przez lata ulepszana, nim wydana drukiem, to z kolei lektura może nie łatwa, ale znów podstawowa. Drob dał tu ujęcie najdalsze od prowincjonalności, głęboko zakorzenione w literaturze naukowej Zachodu. Można spytać, ilu autorów piszących o takiej problematyce, z równą łatwością co Drob poruszałoby się w materii wymagającej – jeśli traktowana poważnie – znajomości tak Arystotelesa, jak Habermasa, że o Barthesie i Panofsky’m nie wspomnę. I, na magrinesie, kto poza nim potrafiłby w dziele analizującym kazania barokowe zacytować Jacka Kuronia? (gdyby ktoś nie wierzył, odsyłam do strony 209). On to potrafił. Pożytek z tej książki, prócz historyków, mają bez wątpienia badacze literatury staropolskiej, a powinni mieć też badacze dziejów Kościoła. Właściwie jednak pożytek powinien mieć każdy historyk, w najszerszym sensie słowa, bo Janusz Drob pokazał nam, co to znaczy nie być zaściankowym. On naprawdę nie lubił jeździć, nie był, od lat,  człowiekiem stypendiów, był raczej kiepskim klientem linii lotniczych. Wyjeżdżał gdy musiał. Ale w jego domu i w jego umyśle była na co dzień obecna wysoka sfera intelektualnego dorobku Europy.
   Lubił mniejsze teksty. Utkwiło mi w pamięci, jak się cieszył, oddając do Księgi poświęconej prof. Jerzemu Kłoczowskiemu błyskotliwy artykuł o granicy czosnku i cebuli w kulturze europejskiej. Właśnie takie koncepty lubił. Może kiedyś uda się zebrać te mniejsze prace w jeden tom, byłoby to i pożyteczne i bardzo smakowite.
   O wielu sprawach nie zdążyliśmy porozmawiać. Kilkoma radościami nie zdążyłem się z nim nacieszyć. Za kilka spraw nie zdążyłem mu zrobić awantury. Boli, że nie zdążyłem, ale teraz to już nie ma żadnego znaczenia.
 
Mirosław Filipowicz

(tekst pierwotnie ukazał się w Gazecie Wyborczej. Pl Lublin: Profesor Janusz Drob. Historyk docierający do sedna, 10 lutego 2011)

 

Zob. też Janusz Andrzej Drob (1952-2011) - sylwetka i publikacje.

Autor: Dariusz Prucnal
Ostatnia aktualizacja: 03.10.2011, godz. 16:24 - Bogumił Szady