Fragmenty wywiadu prof. Pawła Krasa z Instytu Historii KUL z prof. Jerzym Kłoczowskim (w całości wywiad zostanie opublikowany w j. angielskim w wydawnictwie CEU Press w br.).

 

 

Paweł Kras: Dla każdego człowieka, jego zawodowych wyborów i całego życia ważna jest rodzina, ważne jest dzieciństwo, młodość; ważny jest dom rodzinny, w którym się wyrasta. Jakie są Pańskie wspomnienie domu rodzinnego?


Jerzy Kłoczowski: Rodzina łączy się w moich wspomnieniach z tymi kilkoma szczęśliwymi latami mojego życia na północnym Mazowszu. Mój ojciec miał tam mały majątek. Należał do niego dworek w Bogdanach, który miał pewne tradycje historyczne. Żyłem w nim spokojnie przez pierwsze lata swojego dzieciństwa.


PK: Pochodził Pan z ziemiańskiej rodziny, która wywodziła się z Mazowsza, a której uchwytne źródłowo początki sięgają końca średniowiecza. W jaki sposób Kłoczowscy znaleźli się w Bogdanach, niewielkiej wsi na północnym Mazowszu, położonej w okresie międzywojennym przy granicy z Prusami Wschodnimi?


JK: Bogdany były gniazdem rodowym mojej babki; należały do Rykowskich herbu Doliwa. Kłoczowscy wywodzili się z rodu Rawiczów, rozrośniętego w średniowieczu głównie w Małopolsce. Ich gniazdo rodowe znajdowało się Kłoczewie (niekiedy zwanym Kłoczowem) w ziemi stężyckiej. Występowali tam od początków XV wieku i mieszkali na tych terenach aż do końca pierwszej Rzeczypospolitej. Wraz z rozbiorami w końcu XVIII wieku utracili swoje dobra i podjęli pracę urzędniczą. Nigdy jednak nie zapomnieli o swoim pochodzeniu. Mój dziad Józef gospodarował w różnych majątkach, osiadając w końcu w Duczyminie, dwa kilometry od Bogdan, gdzie mieszkała moja babcia Kazimiera Rykowska. Ojciec Kazimiery, Eugeniusz, ożeniony z Walerią z Klickich, skupił w swych rękach trzy duże, sąsiadujące z sobą dobra: Bogdany, Krzynowłogę Wielką i Rycice. Mój dziadek Józef po śmierci pierwszej żony ożenił się z Walerią, z której rodziną był zaprzyjaźniony. Po ślubie objął także majątek babci. W ten sposób Kłoczowscy związali się z Bogdanami.


PK: W Pańskiej rodzinie żywa była pamięć o przodkach walczących o wolną Polskę, o których się pamiętało i których przywoływało się we wspomnieniach. Silna była tradycja patriotyczna związana z przeszłością Polski, o której się opowiadało w rodzinnym gronie.

 

JK: Dużo zawdzięczam moim rodzicom, matce, ojcu, a także swoistej rodzinnej tradycji i patriotycznemu wychowaniu. Urodziłem się w 1924 roku. W latach dwudziestych i w początkach lat trzydziestych w mojej rodzinie żywo wspominana była historia Polski. Kultywowana była historyczna tradycja, na którą składały się zarówno zrywy powstańcze XIX wieku jak i świeża pamięć walk z czasów I wojny światowej. Byłem wychowywany na obrazach Artura Grottgera, które były malowane przez moją babkę. Ciągle się o nie pytałem i lubiłem słuchać opowiadań, które wyjaśniały przedstawiane na nich wydarzenia. Bardzo żywa była zwłaszcza pamięć o powstaniu styczniowym 1863 roku. Mój pradziad, burmistrz Piaseczna koło Warszawy, został osadzony w warszawskiej Cytadeli za pomoc dla powstańców. Tam stracił zdrowie i rychło umarł. Także jego najstarszy syn Bolesław został skazany na wygnanie na Syberię za udział w powstaniu styczniowym. Do dzisiaj dokładnie pamiętam, jak mój ojciec mówił mi: „Słuchaj, powiem Ci, co powiedział mi mój ojciec, czyli twój dziadek”. Była to okazja do wspominania, co to było powstanie styczniowe; jak wyglądały walki toczone wówczas w najbliższej okolicy. Ojciec mówił: „Pamiętaj dziadek był w tym tłumie, który obserwował, jak na stokach Cytadeli Warszawskiej był wieszany dyktator powstania, Romuald Traugutt”. Dla mojego dziadka było to bardzo mocne przeżycie, o którym pamiętał do końca życia. Mój dziadek i moja babcia byli ludźmi bardzo wrażliwymi społecznie i patriotycznie. Babcia potajemnie uczyła wiejskie dzieci. Mój dziadek był bardzo ceniony przez miejscową ludność i przez lata pełnił funkcję sędziego w Chorzelach. Miał ważny udział w trudnej akcji komasacji chłopskich gruntów. Na jego grobie znajduje się krótki napis: „Kochał ludzi”.
Tradycja patriotyczna była bardzo kultywowana przez moich rodziców, którzy pobrali się w 1924 roku. Od dzieciństwa towarzyszył mi portret brata matki, Kazimierza, młodego oficera poległego w maju 1920 roku nad Berezyną i odznaczonego Krzyżem Walecznych. Moja matka mi często o nim opowiadała. Mówiła mi, jak jej brat zginął w walkach z bolszewikami w 1920 roku. Był młodym chłopakiem, pełnym zapału, a moja mama lubiła go wspominać. Pamiętam, że pokazywała list swojego brata, który napisał do matki na krótko przed śmiercią, i w którym dziękował jej za wychowanie. Warto podkreślić, że to wychowanie patriotyczne było mocno powiązane ze świadomością, czym jest niepodległość, a także czym jest historia, i to historia poznawana na konkretnych przykładach, przykładach przodków i krewnych, którzy uczestniczyli w różnych wydarzeniach historycznych. Mój ojciec też był w wojsku w 1918 i 1920 roku. Opowiadania ojca o Warszawie w listopadzie 1918 roku i atmosferze odzyskanej niepodległości, a także o wojnie 1920 roku głęboko zapadły mi w pamięci. Ojciec dużo grał na fortepianie odziedziczonym po matce. Obok Chopina był to cały repertuar pieśni wojskowo-patriotycznych, tak bardzo mi bliskich od dziecięcych lat. Bardzo ważną rzeczą było także głośne czytanie przez ojca zawsze po obiedzie. Pamiętam, jak mój ojciec czytał Potop Henryka Sienkiewicza i w oparciu o tę powieść wyjaśniał nam dzieje Polski. Przywoływał bohaterów tej powieści, jak choćby małego rycerza Michała Wołodyjowskiego. Obecność historii Polski w rodzinnych wspomnieniach i odwoływanie się do przeszłości ukształtowało moje zainteresowania przeszłością.

{page)
PK: Panie Profesorze, tak pięknie wspominał Pan o znaczeniu wychowania rodzinnego, w którym pamięć o polskiej przeszłości była kluczowa i które uczyło miłości do ojczyzny. Była to pamięć o konkretnych wydarzeniach walki o niepodległość, a także o przodkach zaangażowanych w tę walkę. Miało to wpływ na Pański sposób przeżywania historii i patrzenia na przeszłość, która tak mocno była obecna w Pańskim dzieciństwie i młodości. W jakim zakresie ta dramatyczna historia naszego narodu miała wpływ na Pańskie zainteresowanie polskimi dziejami i późniejszy wybór zawodu historyka?

 

JK: Rodzinne wychowanie było ważne dla moich zainteresowań przeszłością, ale decyzja bycia historykiem nastąpiła później. Zanim zacząłem zastanawiać się nad wyborem zawodu, wybuchła II wojna światowa. Po wejściu Niemców do Polski, moim rodzicom skonfiskowano majątek i zostaliśmy deportowani. Na szczęście mój ojciec i moja matka uniknęli rozstrzelania, co dotknęło wiele rodzin na naszych terenach. Nasze rodzinne okolice zostały włączone do  Rzeszy, a my wyjechaliśmy do Generalnej Guberni. Rodzice osiedli pod Warszawą, a ja w 1941 roku znalazłem się w samej Warszawie i przebywałem tam do upadku powstania jesienią 1944 roku. Był to bardzo ważny okres w moim życiu.


PK: Tragiczne doświadczenie II wojny światowej dotknęły Pana, Pańską rodzinę i całe polskie społeczeństwo. Jako niespełna piętnastoletni chłopak przeżył Pan inwazję hitlerowskich Niemiec i najazd wojsk sowieckich we wrześniu 1939 roku, a później długie pięć lat okupacji niemieckiej. W tym trudnym okresie, przyszło Panu wchodzić w dorosłość. Jak Pan zapamiętał ten czas utraty niepodległości i pierwszych lat okupacji?

 

JK: Tak, było to tragiczne doświadczenie. Inwazja hitlerowskich Niemiec i niespodziewany atak Związku Sowieckiego doprowadził do dramatycznego upadku państwa polskiego. Terytorium Polski zostało podzielone między obu napastników. W przeddzień wybuchu wojny opuściliśmy Bogdany. Po miesiącu tułaczki powróciliśmy jednak do rodzinnego domu. Pod koniec stycznia 1940 roku pojawili się u nas Niemcy, którzy wyrzucili nas z domu i zabrali majątek. Później, do końca 1940 troku mieszkaliśmy w okolicach Bogdan. Tam dochodziły do nas skąpe i bardzo spóźnione wiadomości o sytuacji panującej w Polsce. Wiedzieliśmy, że powstał rząd polski w Paryżu. Częstsze były informacje o rozstrzeliwaniach przeprowadzanych w okolicy przez Niemców i zastanawialiśmy się, czy i do nas przyjdą i zaczną nas mordować. U nas skala tych morderstw była mniejsza, bo dotykała ona w pierwszym rzędzie terenów, które Niemcy uważali za swoje, a które należały do Rzeszy przed 1918 roku. Moje rodzinne strony leżały w części rosyjskiej, stąd też hitlerowskie represje przybrały inną formę. Niemcy, którzy nas wyrzucali, byli na tyle łagodni, że pozwolili nam zabrać różne rzeczy. Szczęście w tym nieszczęściu polegało na tym, że pozwolono nam wyjechać do Generalnej Guberni. Ocalał też ojciec, o którego życie się obawialiśmy, wiedząc o egzekucjach w innych miejscach.


PK: Po przymusowej przeprowadzce w okolice Warszawy w końcu 1940 roku ma Pan szesnaście lat i kontynuuje naukę na Bielanach, w gimnazjum im. Adama Mickiewicza. Spotyka Pan ludzi doświadczonych wojną, którzy w Warszawie szukali schronienia. Wtedy też wchodzi Pan w działalność konspiracyjną.


JK: Pod sam koniec 1940 roku rodzice zamieszkali pod Warszawą, a mnie umieścili w szkole Marianów, którzy mieli w Warszawie swój internat. Tam też zrobiłem małą maturę. Mieszkałem w Warszawie w różnych miejscach, m.in. w bursie na rogu ulic Marszałkowskiej i Moniuszki. Była tam wówczas setka młodych ludzi pochodzących z całej Polski. Ludzie uciekali do Warszawy z zachodu i wschodu. Było to faktycznie niesamowite przeżycie spotkać tylu młodych ludzi, których wojna zmusiła do szukania schronienia w Warszawie. Na II piętrze naszej bursy mieszkali chłopcy, a na IV dziewczyny, też z całej Polski. Zajmowała się nimi Główna Rada Opiekuńcza (RGO). W tym gronie opowiadaliśmy sobie o naszych przeżyciach. Było to niesamowite doświadczenie słuchania opowieści pochodzących z różnych stron Polski, które ukazywały dramatyczne losy tak wielu polskich rodzin. Dowiedzieliśmy się wtedy o wydarzeniach, jakie miały miejsce na wschodzie od tych, którzy uciekli przed inwazją sowiecką. Od 1941 roku zaczęła się dla mnie konspiracja.


PK: Z Pana biografii i wspomnień wynika, że nauka w szkole średniej oznaczała niemal automatyczne wejście w działalność konspiracyjną.


JK: Tak, konspiracja rozwijała się równolegle do nauki w szkole. Do konspiracji przystąpiłem z całą grupą kolegów ze szkoły na Bielanach. Lata 1941-1944 były z jednej strony działalnością w konspiracji, i to bardzo intensywną, a z drugiej udziału w kompletach przygotowujących do matury. Konspiracja to też były komplety po 5-6 osób, czyli tyle, ile liczyła podstawowa komórka konspiracyjna, zwana sekcją. Trafiłem do konspiracji za sprawą swojego nauczyciela, który wprowadził całą naszą szkolną grupą do jednostki Armii Krajowej, zwanej później „Basztą”. Nazwa ta pochodziła od batalionu sztabowego, na który składały się początkowo utworzone na Żoliborzu dwie kompanie. To była młodzieżowa, harcerska inicjatywa, która od razu znalazła się pod kontrolą wojskowych, wchodząc do struktur polskiej armii podziemnej – Związku Walki Zbrojnej, później przemianowanego na Armię Krajową (AK). Przy Komendzie Głównej AK została utworzona jednostka, która z czasem przekształciła się w batalion zwany „Baszta”. Po trzech latach z tego batalionu powstał złożony z trzech batalionów pułk też określany jako „Baszta”. W „Baszcie” duży nacisk kładziony był na formowanie z młodzieży kadry, która miała przechodzić szkolenie wojskowe. Nasze spotkania odbywały się najczęściej raz w tygodniu w różnych miejscach Warszawy. Co jakiś czas wyjeżdżaliśmy w teren. Dzięki temu dobrze poznałem podwarszawskie lasy. W lasach pod Otwockiem spotykały się nocą jednostki naszej kompanii. Mieliśmy bardzo dzielnego dowódcę, którego lubiliśmy i podziwialiśmy. Wtedy też okazało się, jak wielu mieszkańców mojej bursy należało do konspiracji. Niektóre przyjaźnie z tego czasu przetrwały do dziś.

Strona 1 z 7 :: Idź do strony: [1] 2 3 4 5 6 7

Autor: Liliana Kycia
Ostatnia aktualizacja: 12.01.2015, godz. 12:21 - Liliana Kycia