[Tadeusz Kłak]: Moje studia, obejmujące lata 1951 – 1955, przypadły na bardzo trudne czasy, zwłaszcza da ludzi inaczej myślących, dla społeczeństwa oraz takich instytucji, jak Katolicki Uniwersytet Lubelski. Ten czworobok murów jego budynku stanowił wówczas prawdziwą twierdzę wolności myśli oraz swobody pracy naukowej i dydaktycznej. Gdy spoglądam z perspektywy na tamten czas, widzę, iż lepiej na ogół pamiętam nie sprawy związane z samym studiowaniem, lecz te, które stanowiły drugi nurt naszego życia – właśnie życie umysłowe, uczestnictwo w zebraniach różnych sekcji, w posiedzeniach naukowych i wieczorach autorskich. Ważne też były obfite lektury oraz koleżeńskie dyskusje.

Tych ostatnich najwięcej było w Domu Akademickim przy ówczesnej ulicy Sławińskiego. Na pierwszym roku mieszkałem w sali o szesnastu łóżkach piętrowych (...) Po roku trafiłem do „Czterdziestki”, gdzie łóżka też były piętrowe, ale za to ich liczba niższa – tylko dziesięć. Każdego roku ktoś ubył, na jego miejsce pojawiał się nowy, lecz podstawowa część grupy trwała w niezmienionym składzie do końca mojego pobytu na Uniwersytecie i obejmowała niemal wyłącznie polonistów. (...) Niezwykle korzystną i cenną dla nas okolicznością były bliskie kontakty naszych profesorów ze studentami. Odcięci przymusowo od uczestnictwa w ogólnopolskim życiu naukowym, poświęcali nam wiele czasu i kto chciał, korzystał z tego z ogromnym dla siebie pożytkiem. A mieliśmy wspaniałych profesorów i wykładowców. Irena Sławińska i Czesław Zgorzelski przynieśli na KUL najlepsze tradycje polonistyki wileńskiej – Manfreda Kridla i Stanisława Pigonia, a także tamtejszy styl życia uniwersyteckiego, w dwu jego odmianach. Pani profesor Sławińska miała upodobanie do wycieczek, wędrówek spływów kajakiem i nart, zaś profesor Zgorzelski – tak to wtedy widzieliśmy – ograniczał się raczej do pracy w gabinecie, skupiony był na zagadnieniach ściśle naukowych. Wiele lat później dowiedziałem się dopiero, iż jego pasją były także konie oraz że jeździł do Warszawy, by przyglądać się zawodom hippicznym na Służewcu.
(...) W drugiej połowie studiów wszedłem już do prawdziwego królestwa książek, a właściwie do dwóch różnych odrębnych królestw (...): Chrzanovianum i Borovianum. Uniwersytet otrzymał bowiem w depozyt, a następnie zakupił księgozbiory po dwóch znakomitych uczonych, które pomieszczono w osobnych pokojach. Korzystać z nich mogli studenci dopiero po ukończeniu II roku. Księgozbiór po Ignacym Chrzanowskim był bardzo bogaty, zachował się w Krakowie bez wojennych strat. Wszystkie niemal książki oprawione były w półskórek i stały w wielkim porządku w równych, wysokich rzędach na regałach sięgających sufitu. Znajdowały się tam liczne starodruki z XVI – XVIII w., bardzo bogato w edycjach oryginalnych reprezentowany był wiek XIX, nie brakowało też pozycji wydanych w XX w. Wiele książek opatrzonych było dedykacjami autorskimi znakomitych uczonych, w tym również uczniów Chrzanowskiego. Jakże odmiennie przedstawiał się księgozbiór Wacława Borowego! (...) Księgozbiór ten był mniej jednorodny niż Chrzanowskiego, ale przez to dla mnie ciekawszy.
(...) W czasach więc, kiedy na polskich uczelniach dominował – jak to później określano – wulgarny socjologizm i takiż marksizm, my otrzymywaliśmy wiedzę obiektywną i opartą na najnowszych osiągnięciach nauki o literaturze. (...) Uniwersytet nasz gościł także z wykładami profesorów, którzy na państwowych uczelniach byli odsunięci od zajęć dydaktycznych, takich jak Konrad Górski, Roman Ingarden i Władysław Tatarkiewicz, zapraszano także innych, jak choćby prof. Juliana Krzyżanowskiego i ks. prof. Eugeniusza Dąbrowskiego. Dawało to okazję do kontaktów z nową problematyka naukową, różnymi sposobami podejścia do niej, wzbogacając wydatnie naszą wiedzę i poszerzając horyzonty.

[Bohdan Królikowski]: Studia polonistyczne – przez które raczej się prześlizgnąłem – dały mi bardzo wiele. Ukazały wielkość polskiej literatury, piękno polskiego języka. Rozszerzyły horyzonty. Pobudziły ambicje. Nauczyły metod pracy. nabrałem nawyków, które potem stosowałem w rozmaitych przedsięwzięciach. Metoda pracy – jakże istotna. Zawsze to podkreślała profesor Irena Sławińska: „Uniwersytet ma wam dać metodę, wiedzę musicie zdobyć sami”.

[Michał Łesiów]: Okres studiów polonistycznych na KUL – u sprzyjał rozwijaniu moich zainteresowań językoznawczych. Mam na uwadze świetne wykłady prof. Tadeusza Brajerskiego oraz innych wykładowców, nie wykluczając profesorów z historii literatury polskiej i powszechnej. Od początku studiów koledzy ze starszych lat wciągnęli mnie do uczestnictwa w pracach Sekcji Językoznawczej Koła Naukowego Polonistów KUL. (...) „Na fali” entuzjazmu językoznawczego jeszcze w czasie studiów pisaliśmy artykuły i recenzje naukowe, które były naszymi debiutami.
W latach 1952 – 1953 zaplanowaliśmy nawet zorganizowanie kursu języka ukraińskiego, który prowadziłem, chyba po raz pierwszy w historii Lublina, a słuchaczami byli koledzy, a nawet niektórzy wykładowcy. To było w ramach prac Sekcji Językoznawczej, poza wszelkimi oficjalnymi programami dydaktycznymi. Niektórzy z nas uczęszczali też z własnej woli na zajęcia z sanskrytu. (...) Pomagaliśmy zbierać materiały do „Małego Atlasu i Słownika Gwar Polskich”, a była to akcja ogólnopolska. Uczył nas tego prof. Brajerski w czasie licznych wypraw gwaroznawczych w teren. Niektóre punkty opracowywaliśmy samodzielnie, dzięki czemu od razu wchodziliśmy w obieg naukowy (...) Sekcja Językoznawcza przygotowała tom prac naukowych zatytułowany „Prace Sekcji Językoznawczej”, zadedykowaliśmy nestorowi dialektologii polskiej prof. Kazimierzowi Nitschowi z okazji jego 80 rocznicy urodzin. Z tego tomu był bardzo zadowolony; miał powiedzieć, że był to najsympatyczniejszy dlań prezent.


[Jadwiga Lipiec – Kutrzeba]: Rozpoczęłam studia w październiku 1951 r. Aby zaspokoić potrzebę serca, uczęszczałam równocześnie na zajęcia do Instytutu Wyższej Kultury Religijnej, między zajęciami na polonistyce. Pierwszy rok zaliczyłam. W czasie drugiego musiałam prosić o miejsce w domu akademickim i stypendium biblioteczne, ponieważ rodzice stracili możliwość płacenia za moje utrzymanie. Ojciec handlował nabiałem, a Polska Ludowa zlikwidowała handel prywatny.
Musiałam więc zapewnić sobie możliwość kontynuowania studiów. Stypendium biblioteczne i miejsce w „akademiku: otrzymałam. Mieszkałam w tzw. ambonie, na piętrowym łóżku. Stypendium wynosiło 310 zł, z tego 270 zł płaciłam za wyżywienie na stołówce, 15 zł – opłaty administracyjne i 15 zł mieszkanie. Zostawało mi 10 zł na osobiste wydatki. Dorabiałam przepisywaniem na maszynie prac magisterskich.
Na drugim roku studiów trzymałam więc „trzy sroki za ogon”. Zajęcia na polonistyce, zajęcia w Instytucie Wyższej Kultury Religijnej oraz trzy godziny pracy dziennie w Zakładzie Teologii.


[Wiesława Sanecka - Tombacher]: Był rok 1951 – jeden z najczarniejszych w PRL. ale KUL wydawał się nam bezpieczną oazą. Mogliśmy tu studiować normalnie, pod kierunkiem wspaniałych profesorów, wspomaganych przez świetnych asystentów. A nas, studentów pierwszego roku, było bardzo wielu. Większość odrzucona przez reżim ze względów nie mających nic wspólnego z nauką. Pewnie dlatego nasze życie studenckie było tak bujne.
Wtedy właśnie, na wiosnę roku 1952, z inicjatywy ówczesnego asystenta, mgr Stefana Sawickiego, narodził się teatr akademicki. Pierwszą jego inscenizacją był program poetycki pt. „Kochanowski żywy”, który skupił grono studentów zafascynowanych teatrem. Z tego zespołu, 21 października 1952 r. został oficjalnie utworzony Teatr Akademicki, jako sekcja Koła Polonistów Studentów KUL. Zostałam wybrana jego prezesem, a potem również reżyserem. Naszym opiekunem był mgr Stefan Sawicki.
Lata pracy w naszym teatrze wspominam jako jeden z najpiękniejszych okresów mego życia. Koledzy żartowali, że teatr nie istniał dla nas przy uniwersytecie, ale uniwersytet przy teatrze. Wystawialiśmy sztuki Zawieyskiego, Eliota, Claudela, Chestertonna. W roku 1954 pokusiliśmy się o III część „Dziadów”, w misternej interpretacji profesora Witolda Chwalewika, wykładającego wówczas na anglistyce. Była pierwsza inscenizacja tego dramatu w powojennej Polsce. Aula nie mogła pomieścić widzów. Niestety, po pięciu spektaklach cenzura zabroniła dalszych.


[Stefan Nieznanowski]: Lata 1951 – 1955, fatalne politycznie, były dla nas, studentów KUL, szczególnie szczęśliwe. Profesorowie nasi nie mogli publikować, przeto cały wysiłek wkładali w nas. Nie bali się obcych ideowo i metodologicznie „nowych uczonych”. (...) Nietuzinkowi byli też studenci. Wielu należało do Koła Naukowego Polonistów Studentów KUL. Było ono bardzo aktywne, zapraszało znakomitych prelegentów, np. Juliana Przybosia. Jerzego Zagórskiego. Koło wydawało własny periodyk „Polonista” (ukazywał się w... pięciu egzemplarzach, bo do tej liczby nie trzeba było cenzurować tekstów!). Pismo przepisywano na maszynie. Graficznie opracowywali poszczególne numery plastycznie utalentowani koledzy. Od 1952 r. miałem zaszczyt być redaktorem naczelnym. Publikowali tu wiersze nie tylko, był dział krytycznoliteracki i naukowy.
Niezależność pisma, niespotykana wtedy w Polsce, niosła ze sobą i kłopoty. W roku 1955 ogłosiliśmy ankietę na dziesięciu najlepszych pisarzy powojennych. Propozycje wrzucano do skrzynek redakcji wiszących w korytarzu (...) Zwyciężył Czesław Miłosz. Na reakcję nie czekaliśmy długo. W gazetce ZMP (była na KUL – u taka organizacja, nieliczna, ale krzykliwa) pt. „Błyskawica” ukazał się elaborat: „Biały kruk, czyli ‘Polonista’ w 10 – lecie”, w którym dostało się redaktorowi i uczestnikom ankiety. Za parę dni wezwano go do „urzędu”. Nic mu nie zrobiono, ale postraszono, i nie były to czcze pogróżki.


[Amelia Kania – Szafrańska]: (...) byliśmy dyskryminowani, utrudniano nam życie, naukę i możliwość pracy (...) ta dyskryminacja, to odrzucenie podkreślało zarówno naszą inność i nasz sprzeciw wobec ówczesnej rzeczywistości, jak też umacniało przeświadczenie o naszej godności, o trwaniu w ciągłości dziejów, było także świadectwem wiary i patriotyzmu. Tak więc z dumą nosiliśmy białe czapki z dwoma czerwonymi paskami na otokach – dziś już zapomniany wyróżnik studentów KUL – u. Zapewniało nam to często lepsze miejsce w kolejkach, których wtedy nie brakowało, lub przywoływało życzliwy uśmiech na twarzy przechodnia. (...) Chyba żaden inny uniwersytet w PRL nie wywierał tak silnego wpływu na swych studentów, nie zapewniał tak bogatej formacji intelektualnej i duchowej. (...) Z wdzięczną pamięcią wspominam wykładowców, profesorów, szczególnie mego Mistrza, śp. prof. Czesława Zgorzelskiego. Gdyby nie on, nie potrafiłabym całościowo, a zarazem drobiazgowo patrzeć na dzieło literackie, na każde słowo i na cały tekst. Gdyby nie on, mówiłabym i pisałabym dużo więcej. Tylko po co?

[Maciej Wrzesz]: Z punktu widzenia wykorzystania przeze mnie wiedzy specjalistycznej, której ogromną dawkę włożono mi go głowy na kulowskiej polonistyce, okazałem się (...) niewątpliwie synem marnotrawnym. Ale KUL dał mi, poza wiedzą specjalistyczną, pogłębioną formację światopoglądową, nauczył warsztatu rzetelnej pracy umysłowej, niesłychanie poszerzył horyzonty poznawcze w zakresie humanistycznej wiedzy ogólnej (...) Im bardziej przybywa mi lat, tym lepiej dostrzegam fundamentalne znaczenie dla mego dorosłego życia i pracy tych właśnie, wpojonych mi na naszej uczelni, wartości.

Autor: Liliana Kycia
Ostatnia aktualizacja: 18.09.2008, godz. 14:01 - Liliana Kycia