O humanizmie i humanistach we współczesnym świecie
rozmawiają prof. Piotr Gutowski oraz Maksymilian Roszyk

 
scholar_01Panie Profesorze, czy mówienie o humanizmie we współczesnym świecie ma w ogóle sens?
Skoro jesteśmy w stanie odróżnić humanizm od antyhumanizmu czy postawę humanistyczną od przyrodniczo-matematycznej, to pojęcie humanizmu ma sens, czyli coś znaczy, nie jest pustym słowem. To prawda, że współcześnie treść takich terminów, jak "humanizm" czy "humanistyczny" jest rozmyta. Można jednak wskazać ich rdzeń znaczeniowy, do którego nawiązują różne dzisiejsze użycia. Sądzę, że humanizm należy odnieść w pierwszym rzędzie do postawy życzliwego zainteresowania człowiekiem i tym wszystkim, co ludzie w różnych kulturach wytworzyli i wytwarzają: ich językiem, dziejami, literaturą, sztuką, filozofią, nauką, religią, moralnością czy prawem. To wszystko interesuje humanistę o tyle tylko, o ile jest wytworem człowieka. Poza pierwszoplanowymi zainteresowaniami humanisty jest wszystko, co od człowieka niezależne albo nie odniesione do człowieka. Tak więc matematyka jako nauka badająca niezależny od nas świat liczb czy nauki przyrodnicze, odsłaniające niezależny od ludzi świat materii, nie są dyscyplinami humanistycznymi - ale już filozofia matematyki czy filozofia nauk przyrodniczych są nimi, bo próbują odpowiedzieć m.in. na pytanie, czy i jaki wkład w te dyscypliny ma struktura naszego poznania, języka bądź konwencje społeczne. Dla humanisty szczególnie ważne jest więc zainteresowanie historycznymi uwarunkowaniami różnych dziedzin oraz zróżnicowaniem kultur, które manifestuje się m.in. w wielości języków.
Rezultaty tego, co nazwałem postawą humanistyczną, mogą być bardzo różne, zależnie od stopnia realizacji owych zainteresowań i od stopnia ich integracji. Mówimy przecież o humanistach wielkich czy wybitnych, a więc zakładamy, że są także humaniści przeciętni albo nawet mierni. Jest rzeczą interesującą, że mianem wielkich humanistów nie określamy po prostu tych, którzy opanowali wiele języków obcych, sprawnie i pięknie posługują się językiem ojczystym, ani nawet znakomitych specjalistów w zakresie poszczególnych ludzkich wytworów - nauki, sztuki, religii, moralności. N(l miano to zasługują dopiero ci, którzy obok gruntownej wiedzy z zakresu wielu dziedzin tego rodzaju bądź jednej z nich, dysponują jakąś syntetyzującą wizją roli człowieka we wszechświecie. Tu jest miejsce na filozofię, bo wizja taka zasługuje na miano filozoficznej, niezależnie od tego, czy dana osoba jest w sensie formalnym filozofem czy też nim nie jest.
Zatem do pojęcia humanizmu będzie wchodzić nie tylko głęboka znajomość historycznych realiów różnych kultur, ale i jakaś filozoficzna koncepcja porządkująca te dane? Czy z tego, co zostało powiedziane, nie wynika, że jest to koncepcja relatywistyczna?
Humanista nie musi być relatywistą, nie musi twierdzić, jak Protagoras, że człowiek jest miarą wszystkich rzeczy. Humanista jedynie interesuje się człowiekiem i tym, co przezeń wytworzone lub jakoś inaczej od niego zależne. Odrębną kwestią jest to, jak zinterpretuje on rezultaty swoich badań. Może nadać im interpretację relatywistyczną bądź antyrelatywistyczną, teistyczną bądź ateistyczną. Dlatego mówimy o humanizmie chrześcijańskim, jak np. u Erazma z Rotterdamu, sceptycznym, jak u Montaigne'a, czy nawet ateistycznym, jak u Sartre'a. Tu oczywiście pojawia się pytanie o humanizm właściwy czy prawdziwy. Odnosi się ono już do ściśle filozoficznej kwestii, której nie sposób nawet dotknąć w krótkiej rozmowie.
Chciałbym natomiast zwrócić uwagę, że istotnym elementem łączącym różne humanizmy jest to, co określiłem jako postawę życzliwego zainteresowania człowiekiem i jego wytworami. W tym określeniu najważniejszym słowem jest "życzliwość". Nie określimy mianem humanisty chrześcijańskiego kogoś, kto pozbawiony jest wrażliwości na złożoność ludzkiego losu i w .poczuciu pewności swoich racji zawsze ma w zanadrzu słowa potępienia. Humanistą ateistycznym nie jest natomiast ten, kto mówi, że człowiek stanowi jedynie opakowanie dla genów, a literatura i sztuka to jedynie coś w rodzaju specyficznej barwy tego opakowania. Aby zasłużyć na miano humanisty, trzeba wyzwolić w sobie życzliwość i szacunek dla różnych ludzkich losów i wytworów pojętych jako właśnie ludzkie - a nie czysto przyrodnicze. Także dla błędów i słabości. To nie oznacza przyzwolenia na wszystko, ale właśnie postawę życzliwego - choć krytycznego - zainteresowania tym, co ludzkie.
Jednak "życzliwość" czy "szacunek" to terminy dość szerokie i mało konkretne. Czy nie sądzi Pan, że tę intuicję lepiej można ująć jako gotowość do nauczenia się od innych czegoś dla nas bardzo istotnego, w jakiś sposób ponadczasowego?
Zgadzam się. Wybitni humaniści mają bowiem i tę zdolność, że nie kierują naszej uwagi na wszelkie ludzkie wytwory, lecz na te jedynie, które dla zrozumienia naszej sytuacji w świecie są szczególnie cenne. Nie wszystko bowiem warto studiować, nie wszystko godne jest naszej uwagi i czasu, bo ziemskie życie jest przecież krótkie, a naszym celem nie jest wyłącznie czysto obiektywne zainteresowanie innymi i ich wytworami. Ostatecznie bowiem chodzi o ukształtowanie nas samych. A z pewnością literatura brukowa nie jest tak cenna, jak dzieła Dantego. Na tej drodze potrzebujemy przewodników.
Podejmijmy szerzej zagadnienie centralnych dla humanisty dziedzin wiedzy. Z tym pojęciem zwykle wiązano bowiem pewną koncepcję ogólnego wykształcenia, usprawniającego człowieka do działania w najbardziej "ludzkich" dziedzinach czy w najbardziej"ludzki" sposób. Na czym dziś miałoby polegać takie ogólne wykształcenie?
Rzeczywiście, z pojęciem humanisty wiąże się idea otwartości na wielość i zróżnicowanie ludzkich wytworów, idea szerokiego spojrzenia na świat, które nie zasklepią się w jakichś lokalnych przesądach. Ale lepsze jest tu właśnie słowo "szerokość" niż "ogólność". Ogólność jest bowiem przeciwstawiona szczegółowości, a więc o kimś, kto ma ogólne wykształcenie, sądzimy często, że nie posiada szczegółowej wiedzy w jakiejś dziedzinie. Tymczasem humanista z prawdziwego zdarzenia to ktoś, kto łączy szerokość spojrzenia ze szczegółową, specjalistyczną wiedzą w jednej lub kilku dziedzinach. Te obszary specjalizacji będą nadawały odpowiedni charakter jego humanizmowi: może to być np. filologia klasyczna, filozofia, teologia, historia itd. Właściwie pojęte studia humanistyczne muszą więc zapewnić te dwie rzeczy naraz: szerokość spojrzenia i specjalizację.
Jak w tej perspektywie przedstawiają się studia w ramach MISH?
To, co nazwałem szerokością spojrzenia, mogą dać po części takie studia. Umożliwiają one korzystanie z oferty różnych kierunków i to często nie tylko na macierzystej uczelni, ale także na uczelniach zagranicznych. Wiele zależy jednak od samych studentów i ich opiekunów naukowych, a zwłaszcza od tego, czy nie ulegną oni pokusie pójścia na łatwiznę. Tam bowiem, gdzie jest duży wybór, a tak właśnie jest na MISH-u, można także wybrać źle. A wówczas talenty, z jakimi przychodzą do nas studenci, mogą być zmarnowane. Możliwe jest jednak pomnożenie owych talentów w stopniu, jaki nieosiągalny byłby na studiach jednokierunkowych.
Trzeba podkreślić, że właściwej dla humanisty szerokości spojrzenia na świat nie można zdobyć tylko poprzez studia. Nabywa się ją także przez podróże, przez doświadczenie, a więc bycie w różnych sytuacjach, przez aktywne uczestnictwo w życiu publicznym. Ostatnio dostałem od jednej ze studentek MISH e-mail z Tallina, gdzie przebywa na stypendium Socatesa-Erasmusa. Ciekawie opisuje ona tamtejsze zwyczaje uniwersyteckie i ludzi. Gdy czytam ten list, poszerza się moja wiedza o Estonii, ale nie da się tego porównać z tym poszerzeniem horyzontów, które jest jej udziałem. Myślę, że studia humanistyczne powinny budzić - i widzę, że faktycznie budzą - pragnienie posiadania nowych doświadczeń, poznawania ludzi i miejsc.
A z tym wiąże się jeszcze jedna ważna rzecz - chęć dzielenia się swoimi doświadczeniami i pomysłami. Trudno wyobrazić sobie humanistę, który nie umie dobrze posługiwać się słowem pisanym. Dlatego niezwykle ważne jest, aby studia humanistyczne kształciły także tę umiejętność. Niekiedy zresztą nie potrzeba tej umiejętności uczyć, bo wielu nabyło ją już w szkole średniej - wystarczy ją odpowiednio podtrzymać i ukształtować. Niestety, tradycyjne studia tego nie czynią. Mam wrażenie, że studia na MISH dają szansę na wypełnienie tego braku. 
Skoro poruszył Pan wątek podróży, to może warto byłoby nadać mu bardziej metaforyczny - choć z pewnością nie mniej realny - charakter. Dla ludzi renesansu bycie humanistą oznaczało podróż do źródeł. Jak dziś miałaby wyglądać taka duchowa podróż do źródeł? Wydaje się, że niezbędną podstawą jest znajomość filozofii i historii, dwóch przedmiotów wyraźnie zaniedbanych we współczesnym kształceniu. Jakie miejsce powinny te dyscypliny zajmować w wykształceniu dzisiejszego humanisty? Czy umożliwią one wymknięcie się z jaskini - by użyć Platońskiej metafory - mentalności współczesnej? 
Nie postrzegam współczesności czy mentalności współczesnej jako jaskini, z której trzeba się wydostać. A jeśli nawet jest to jaskinia, to całkiem komfortowa zupełnie niepodobna do tej Platońskiej!
Co tylko potwierdza trafność spostrzeżenia Platona - przecież wszystkim zdawało się, że jest tam bardzo wygodnie...
Tak... Ujmując rzecz już poważniej - skoro mówimy o dzisiejszej mentalności w kontekście jej oczywistych wad i braków, to zadaniem humanisty winno być jej zrozumienie i kształtowanie, a nie całkowite porzucenie.
Miałem na myśli raczej nabranie krytycznego dystansu, unikającego zarówno niezreflektowanej akceptacji, jak i naiwnego odrzucenia.
Zgoda. Aby zrozumieć czas, w którym żyjemy, zawsze przydatna jest podróż do źródeł. Dla renesansowych humanistów była to podróż głównie do greckich i rzymskich źródeł naszej kultury. Powtórzenie tej podróży jest korzystne i kształcące, ale my dzisiaj musimy mieć na uwadze to, że źródeł tych jest o wiele więcej. Jednym z takich źródeł, niesprowadzalnym przecież w całości do kultury antycznej, jest choćby myśl renesansowa.
Pamiętam spotkanie,jakie kiedyś prowadziłem w starej auli KUL z jednym z najwybitniejszych polskich humanistów XX wieku, prof. Stefanem Swieżawskim. Dotyczyło ono filozofii i kultury wieku XV - profesor z pełną świadomością nie określał jej mianem "renesansowej", bo uważał, że renesansów było kilka, a nie jeden. Trzeba było być świadkiem tej pasji, z jaką odsłaniał nam skomplikowaną mapę tego okresu oraz życzliwości, z jaką mówił nawet o najdziwniejszych wymysłach, jakie wtedy się pojawiły. Dla mnie najbardziej zdumiewające było to, że w trakcie spotkania zaczęły się ujawniać nieoczekiwane zbieżności między wiekiem XV i wiekiem XX. Nagle zaczęliśmy lepiej rozumieć siebie i swój czas. Nasze pragnienie wolności i niechęć do schematów zaczęła korespondować z podobnym pragnieniem tamtych niespokojnych duchów. Astrologia, kabała, alchemia, które na podstawie tej wolności wyrosły, znalazły odpowiednik w podobnych masowych zjawiskach naszego czasu. Sobór Watykański II ujawnił się jako humanistyczny zwrot od bezdusznej współczesnej scholastyki teologicznej. Jednym słowem, dobrze zorganizowana podróż w przeszłość jest zawsze korzystna, ale nie musi to być tylko podróż do Aten czy Rzymu. Może, a nawet powinna to być podróż także do Jerozolimy, Aleksandrii, Konstantynopola, Florencji i do wielu jeszcze innych miejsc.
Nie sądzi Pan jednak, że w gąszczu historycznych szczegółów łatwo zagubić to, co naprawdę istotne, stracić z oczu całość?
Tak. Wiedza historyczna jest humaniście niezbędna, ale zacznie ona kształtować go jako humanistę dopiero wtedy, gdy będzie odpowiednio ukierunkowana. Do tego rzeczywiście absolutnie niezbędne jest wykształcenie filozoficzne - nie każde jednak, a takie jedynie, którego podstawą są - jak powiedziałby prof. Swieżawski - wielkie metafizyczne pytania. Z filozofami bowiem bywa różnie. Niektórzy przez c~łe życie zastanawiają się nad pewnymi szczegółowymi kwestiami, świadomie ignorując zagadnienia ogólniejszej natury, inni natomiast dogmatycznie ogłaszają rozwiązania tych zagadnień, nie dopuszczając myśli, że mogliby się pomylić. Jak w każdej dziedzinie, tak i w filozofii trzeba szukać mistrzów i umieć ich odróżnić od intelektualnych hochsztaplerów. A ci ostatni rozsiani są po wielu, nawet renomowanych wydziałach filozofii na świecie. Nasz KUL-owski Wydział Filozofii jest z pewnością godzien polecenia wszystkim studentom MISH -u. Ma on dobrą tradycję i może poszczycić się wybitnymi myślicielami, którzy przezeń się przewinęli lub obecnie go tworzą. Wspomniałem już o Stefanie Swieżawskim, ale trzeba wymienić też nazwisko Karola Wojtyły, który był tu profesorem etyki, Alberta Krąpca - wybitnego metafizyka i wieloletniego rektora KUL czy Józefa Życińskiego, który obecnie wykłada na Wydziale Filozofii. Nie jest rzeczą przypadkową, że wszyscy ci wybitni humaniści, bo można ich tak nazwać - mieli bądź mają gruntowne wykształcenie filozoficzne.
Przejdźmy do strony praktycznej, a zatem do problemu instytucji kształcących humanistów. Dziś, kiedy wymyślone w XIX wieku gimnazja klasyczne przeszły już do historii, a wraz z nimi pewna koncepcja całościowego wykształcenia na poziomie średnim, ciężar nauczania humanistycznego wydaje się spoczywać na uniwersytetach: to one mają dawać to, co zwie się liberal education, wykształcenie nieskażone przyziemnym praktycyzmem. Jaka zatem powinna być rola uniwersytetu w kształceniu humanistów?
Uniwersytety przechodzą obecnie coś w rodzaju kryzysu tożsamości. Z jednej bowiem strony tradycja, z której się wywodzą, nakazuje im kontynuację kształcenia uniwersalnego, tzn. takiego, które umożliwia studentom odpowiednią szerokość widzenia spraw i integrowanie wiedzy pochodzącej z dyscyplin szczegółowych, a z drugiej, wymogi rynku zmuszają do szybkiego kształcenia specjalistów, fachowców w wąskich dziedzinach. Presja na specjalizację i na praktyczne efekty wykształcenia, mierzone finansowym sukcesem absolwentów, skłania wielu dziekanów i dyrektorów instytutów do wykreślania z programu zajęć typu humanistycznego. Często zresztą dyrektorzy instytutów nie mają wyjścia. Znajdują się między młotem a kowadłem: zewnętrzne przepisy stworzone głównie w celu zdyscyplinowania uczelni prywatnych narzucają odpowiednie minima programowe i limity godzin dla studentów. Aby te wymogi spełnić, przy zachowaniu zatrudnionej kadry, trzeba na ogół eliminować pewne zajęcia. Na pierwszy ogień idą te, które prowadzą profesorowie z innych instytutów, co oczywiście wzmacnia tendencję do większej specjalizacji.
Jeśli dodamy do tego kilka innych niekorzystnych czynników, a więc zamknięcie studentów na poszczególnych kierunkach - przejawia się ono np. w komplikacjach formalnych, jakie pojawiają się, gdy chcą oni uczestniczyć na zajęciach w innych instytutach - wielką liczebność grup ćwiczeniowych, brak zindywidualizowanej opieki naukowej, to studia, które proponuje MISH, w pełni okażą swoją wyjątkowość. W moim rozumieniu są one próbą przezwyciężenia niekorzystnych tendencji, którym ulegają współczesne uniwersytety, nie tylko zresztą w Polsce. W proponowanym typie wykształcenia MISH-y nawiązują do wielowiekowej tradycji uniwersyteckiej.
MISH jest jednak jednostką o bardzo niewielkim zasięgu, a twórcze kontynuowanie tradycji kształcenia uniwersalnego, o której Pan wspomniał, wymagałoby szerszej reformy nauczania uniwersyteckiego. W jakim kierunku powinna ona zmierzać? Jak Pana zdaniem powinien wyglądać uniwersytet przyszłości, kształcący rzetelnych humanistów?
Studia na MISH nie mogą być masowe, bo zakładają indywidualną naukową opiekę nad studentami. Ponadto- przeznaczone są dla tych, którzy już w punkcie wyjścia mają wyraźny pomysł na owocne powiązanie elementów wykształcenia pochodzących z różnych kierunków. Myślę jednak, że główny problem z tym typem studiowania polega dziś nie tyle na braku studentów, którzy mieliby takie spójne projekty, ile na obciążeniu tutorów na ich macierzystych kierunkach, co sprawia, że nie zawsze mogą swoim podopiecznym poświęcić odpowiednio dużo czasu i uwagi. Mimo to zdarzają się nam tutorzy naprawdę zaangażowani i nie szczędzący swojego czasu, prawdziwi mistrzowie, umiejętnie rozwijający talenty swoich podopiecznych.
Czy MISH mógłby być modelem dla przyszłego kształcenia uniwersyteckiego w zakresie szeroko pojętej humanistyki? Być może. Ale wówczas straciłby swoją specyfikę i atrakcyjność. Niezależnie jednak od formy studiów na przyszłych uniwersytetach, zasadniczym warunkiem wykształcenia dobrego humanisty jest obecność mistrzów, którzy dysponują czasem dla swoich studentów. Uczelnie powinny robić wszystko, aby tacy mistrzowie byli w ich murach. Nie mam żadnych wątpliwości, że najlepsi studenci znajdą do nich drogę.
Zatem idealny uniwersytet to miejsce, w którym zostały stworzone warunki do twórczego spotkania mistrza i uczniów?
Właśnie tak. W tym tkwi sedno sprawy.
Dziękuję za rozmowę.

 

Przegląd Uniwersytecki, R. XVIII(2006) Nr 2/100, s. 12-15

 

Autor: Gabriela Szczygieł
Ostatnia aktualizacja: 06.12.2010, godz. 10:22 - Andrzej Zykubek