Dzień dobry, może Pan sam ten wywiad zredaguje?

Dajcie spokój…

 

Artur zaproponował pierwsze pytanie. Czy łatwo jest być edytorem, jeśli się ma trzy córki?

(długa cisza) No niełatwo. Przede wszystkim, pracy jest bardzo dużo. Przed chwilą na przykład odebrałem maila, w którym ktoś mi przypominał, że już miesiąc temu powinienem był przekazać notę edytorską. A ja najzwyczajniej w świecie zapomniałem, pochłonięty sprawami różnymi. W tym domowymi. Weźmy to, co się będzie działo dzisiaj. Jak wrócę do domu, to pojadę z najstarszą córką na hip-hop (bo ona tańczy, trzeba ją dowieźć na zajęcia). Średnia poprosi mnie później, żebym wytłumaczył jej, czym jest wartość bezwzględna (szykuje się do sprawdzianu szóstoklasistów). A najmłodsza… Albo trzeba jej coś przeczytać, albo narysować pieska, albo popatrzeć, jak się przebrała, pochwalić, a najlepiej wszystko na raz. Poza tym praca edytorska wymaga wyjazdów; wielu rzeczy nie da się zrobić w domu. Trzeba pojechać do czytelni, do archiwum, do biblioteki… Nie wszystko jest zdigitalizowane, a nawet jak jest, nie wszystko jest dostępne przez internet. A jak wyjadę, to nie będzie komu dowieźć na hip-hop, wytłumaczyć wartość bezwzględną czy wyciąć pieska.

 

To znaczy, że nie ma pan wolnego czasu.

No niewiele mam. A co to jest w ogóle wolny czas? To czas, gdy można robić, co się lubi? Moja praca wymaga, żebym dużo czytał, więc czytam, a to lubię robić. Czy to jest spędzanie wolnego czasu? Ale gdybym mógł jakoś ten wolny czas zaplanować i gdybym mógł go wyszarpnąć, to mam takie jedno marzenie: przeszedłbym Puszczę Augustowską w nocy. To jest dobry pomysł na spędzenie wolnego czasu.

 

A dlaczego akurat w nocy?

A dlaczego ludzie robią różne dziwne rzeczy? Ja lubię duży las, lubię równinę. Najbardziej na świece lubię jednak łąkę, równe pola – takie jak łąki i pola nadnarwiańskie. Nie lubię natomiast gór, pagórków. Najlepiej czuję się na Kurpiach. Puszcza Kurpiowska, sucha, piaszczysta, na której rosną prawie same sosny, nieodmiennie wprawia mnie w świetny nastrój.

 

Podobno powstają tam świetne produkty gorzelniane.

O tak! Mam dostęp do takiego produktu od jednego producenta. Nazywamy to w rodzinie Duch Puszczy. Same puszczańskie zioła, same naturalne składniki. Rzecz lecznicza, choć bardzo mocna, około 60 procent. Wymaga uwagi, skupienia. I podczas produkcji, i podczas konsumpcji. W moim domu Duch Puszczy traktowany jest raczej jak lekarstwo na wszelkiego rodzaju niedyspozycje, zwłaszcza żołądkowe.

 

Jeśli już rozmawiamy o tych sprawach, to może porozmawiamy o jedzeniu. Lubi Pan sałatkę z jarmużu?

To trudne warzywo.

(Właśnie weszła prof. Obsulewicz, zostawiła czekoladę i nie dała się przekonać, że powinna zostać i włączyć się do rozmowy.)

Co do jedzenia… W minionym roku postanowiłem, że będę robić jeść, że nauczę się dobrze gotować. Zrobiłem coś takiego, że nawet pies nie chciał tego zjeść. Jakieś gruzińskie danie z fasoli. No więc nie lubię robić jeść. W ogóle lubię proste dania. Kiedyś zaprosiłem do siebie kolegów. Ugotowałem cebulę, jajka na twardo, był chleb, masło, smalec… To mi odpowiada. Ale jak ktoś potrafi coś ciekawego przyrządzić, to się cieszę. Ostatnio najstarsza córka odkryła w sobie pasję gotowania. Zrobiła jakąś pieczeń ze szpinakiem i porami. Wzruszyłem się, tak mi smakowało. No ale tak, najbardziej lubię rzeczy proste. A skąd to pytanie?

 

Na wykładach często mówi pan o jedzeniu.

Po prostu sięgam po przykłady, które dobrze służą przekazaniu pewnych prawideł, reguł, problemów. To ciekawe, że pamiętacie takie rzeczy. Ostatnio zorientowałem się, że moja pamięć, gdy sięgnę do czasu moich studiów, też mi podrzuca takie dziwne sprawy. Nie pamiętam w ogóle żadnych treści wykładowych. Ale pamiętam jakąś zabawną historię, jakąś postać, zdarzenie. Dlaczego właśnie to, a nie, wydawałoby się, rzeczy najważniejsze? Dlaczego najwyraźniej z okresu studiów pamiętam Panią Gorlińską? Dlaczego właśnie ją i prowadzone przez nią ćwiczenia z dydaktyki, skoro nigdy nie chciałem być nauczycielem, nigdy się do tego nie przykładałem? A wy co pamiętacie ze studiów?

 

(Artur Truszkowski) Ja doskonale pamiętam pierwszy wykład z Agnieszką Czechowicz. To był pierwszy wykład ze staropolki w drugim semestrze. Siedzieliśmy w GG-110, pełna sala. Otworzyły się drzwi, weszła Pani Czechowicz i jeszcze gdy drzwi zamykała, trzymając dłoń na klamce, zanim podeszła do biurka, zaczęła mówić: „Wacław Potocki…”. To pamiętam bardzo dobrze. A o samym Wacławie Potockim niewiele.

To ja jeszcze jedno dopowiem w związku z tym. Nam się studia de facto nie skończyły. W tym sensie, że tuż po egzaminie magisterskim zaczęliśmy w tym miejscu, w tym środowisku, w tym samym budynku pracę zawodową. Na dodatek poruszamy się ciągle w tym samym kręgu zagadnień.

 

(Artur Truszkowski) A ludzie, którzy skończyli te studia, pytają nas czasami, czy profesor ten i ten nadal się spóźnia na swoje wykłady, czy dalej chodzi do barku na kawę …

No więc jakoś jesteśmy uprzywilejowani. Mamy dłuższą młodość. Uniwersytet to przede wszystkim środowisko ludzi młodych. Jakoś nam się to udziela.

 

I na koniec chcielibyśmy się dowiedzieć, jaką książkę chciałby Pan napisać.

Mówimy o literaturze pięknej? Kilka razy próbowałem prowadzić dziennik, ale mi się to nie udaje. Chyba wiem, dlaczego. Dziennik bierze się z potrzeby zapanowania nad materią życia. Ja takiej potrzeby nie odczuwam. Po prostu, nie mam wrażenia, że potrzebuję takiej protezy w życiu. Dziewczynki w okresie dojrzewania podobno często takie dzienniki piszą. Mnie okres burzy i naporu był zawsze obcy. A druga rzecz, że jakoś organicznie obca mi jest skłonność do wymyślania fabuły. W jednej z internetowych dyskusji Renata Lis (moja ulubiona pisarka) stwierdziła, że fabuła to diabelski wynalazek. Długo nad tym myślałem. Podzieliłem się tą sentencją z prof. Pyczkiem. Spodobało mu się to i potwierdził. Jego zdaniem, szatańskość fabuł bierze się z prostej sprawy: to próba wymyślenia życia po swojemu. To też jakaś próba zapanowania nad egzystencją. Te dwie pokusy (reprezentowane przez dziennik i fabułę, pokusy absolutnego panowania nad życiem) – to jest mi organicznie obce. I z tego powodu, przypuszczam, ja nigdy autorem dzieła literackiego nie będę. We mnie nie ma chęci  panowania nad  życiem. Z tego też się bierze część moich własnych, prywatnych, rzadko komunikowanych komukolwiek przemyśleń na temat pisarzy i pisarstwa. Tu chodzi o jakiś fundamentalny defekt. Rozumie Pani… kiedy nie panujesz nad czymś i szukasz sposobu, żeby to zakląć w słowo, oswoić coś... Są pisarze, którzy te swoje osobiste urazy potrafią zakląć pięknie, a na dodatek tak, że robi się z tego historia, w której czytelnicy potrafią się odnaleźć. Ale znakomita większość ludzi aspirujących do miana pisarzy nie potrafi dziś tego. Robi się z tego albo zabawa, albo prywatna krucjata przeciw światu. To mnie nie bawi. Pisarze to w ogóle najczęściej nie są ciekawi ludzie. Znam kilku ciekawych, dobrych pisarzy, ale znaczna część osób parających się tym fachem… no, może to nie zabrzmi dobrze, ale pozwolę sobie na szczerość... to mendy zupełne są.

 

Autor: Artur Truszkowski
Ostatnia aktualizacja: 19.03.2015, godz. 20:56 - Artur Truszkowski