06.96.dom0001

 

 

Małgosia

 

     Nasza przyjaźń wysupływała się powoli z codziennych spotkań w Katedrze Historii Sztuki Nowoczesnej, która dzieliła przestrzeń z tzw. Doktrynerami, czyli z Katedrą Doktryn  Artystycznych i Teorii Sztuki. Dłuższe rozmowy prowadziłyśmy w domu Małgosi, w przestrzeni umeblowanej przedmiotami z charakterem, często wykorzystywanymi nietypowo. Od pierwszego, aż do ostatniego spotkania  określały ją obecność kotki, herbata,  książki na wielkiej nastawie starego kredensu i światło mosiężnej ręcznie robionej lampy z charakterystycznym kloszem. Stała na blacie niewielkiego starego biurka ulokowanego przez kilkanaście dobrych lat pod oknem. Potem, w gorszym czasie biurko stanęło wciśnięte w kątek, daleko od balkonu.

       Lampa pamiętała dobre czasy, kiedy oddech pozwalał Małgosi w miarę swobodnie wyjeżdżać i niespiesznie spacerować. Wędrowałyśmy wspólnie przy okazji konferencji naukowych czy ciekawych wystaw do Warszawy, Krakowa, najdalej do Zakopanego, a później już tylko do Kazimierza. W czasach prainternetowych, przed planowaną podróżą, moja niezwykła towarzyszka wyszukiwała w bibliotecznej czytelni czasopism bieżących ewentualne atrakcje kulturalne, np. w repertuarze krakowskiego Teatru Starego. Biletów oficjalnie oczywiście nie było, ale.... Niezapomniany jest szelmowski uśmiech Małgosi, kiedy udało się jej  po raz kolejny przekonać kasjera,  żeby nam sprzedał ostatnie wejściówki (np. na Małą Scenę, na świetnego Kontrabasistę w niezapomnianym wykonaniu Jerzego Stuhra).  Fragmenty dawnych rozmów łączą się dziś z pamięcią mijanych wspólnie widoków, z obrazem drobnej postaci przyjaciółki w harmonijnych zestrojach granatowo szarych kolorów z charakterystycznym kontrapunktem np. karminu szala.  

        Małgosia była tytanem pracy naukowej, w przenośnym i dosłownym sensie pokonywała ciężar trudów jakich jej stopniowo, ale nieubłaganie przybywało, nie tylko przez  coraz większe rozmiary niezbędnych koncentratorów tlenu. Mimo to służyła wielu osobom swoją wiedzą, czasem i cierpliwością. Miała talent do wyławiania uzdolnionych studentów, dzwoniła czasem, żeby porozmawiać o celnych  albo dyskusyjnych sformułowaniami z ich prac. Z niektórymi się zaprzyjaźniała, podobnie jak z artystami, których twórczość subtelnie interpretowała. Jej elokwencja i żywy umysł dawały rozmówcom wielką przyjemność, choć nie prawiła łatwych komplementów i bywała bardzo  krytycznym czytelnikiem oddanych jej do recenzji tekstów. Jeśli uznała, że jakaś sprawa jest warta zachodu, bywała bardzo uparta, choć nie działała gwałtownie, łatwo pomysłów nie zarzucała. Wytrwałość była jej niezwykłą siłą.

     Małgosia genialnie łączyła ze sobą ludzi, wiedziała kto spośród jej znajomych może wesprzeć inną osobę z tego grona. Przy czym nie chodziło tu tylko o pomoc materialną czy życiowe ułatwienia. Bezbłędnie rozpoznawała kto ma akurat siłę na trudną rozmowę, a kto jej potrzebuje, kto z kim może, a nawet "powinien" się zaprzyjaźnić. Dawała numer telefonu pokrótce i delikatnie sprawę wyjaśniając, albo organizowała spotkanie.  Dostaliśmy od niej tę bliskość w spadku.  

       Z pierwszej wizyty w zaciszu na Kawaleryjskiej zapamiętałam nasze zdumienie tym, że mamy identyczne, a dość nietypowe lampy. Niezależnie wyszukałyśmy je w tym samym sklepie ukrytym w jednym z warszawskich podwórek przy Nowym Świecie. Wtedy pod białym kloszem wygrzewała się piękna, mądra Sjamka, pierwsza i długowieczna kotka Małgosi. Przez ponad dwadzieścia siedem lat było jeszcze kilka innych. Ostatnia w tym miejscu towarzyszyła swojej pani przy pisaniu klasycznych już tekstów o Bruno Schulzu. Po śmierci tej towarzyszki Małgosia  nie chciała już kolejnego zwierzaka. Bardzo mnie to zaniepokoiło, bo była przygnębiona, jak mawiała z autoironią, "prymitywnym uwiązaniem do wyspecjalizowanej techniki szpitalnej". Wiedząc ile koty dawały jej radości i znając jej dobre serce, podstępnie próbowałam przekonać ją do przyjęcia jakiegoś mruczka, bo tyle pomocy potrzeba. Cytatem z Szymborskiej, także przecież miłośniczki kotów, ostatecznie ucięła moje naiwne podchody mówiąc: "Tego się kotu nie robi ....". Boleśnie uświadomiła mi pewność tego, że mamy już bardzo mało czasu.

      Wspólnota kształtu i kolor światła naszych lamp, przy których się tak dobrze czyta, przywołują jej zaraźliwy, nisko brzmiący śmiech i głęboką wdzięczność za spotkania - z nią i z tymi, którzy ją otaczali, których dzięki niej poznałam.

 

Dorota Kudelska

Autor: Ireneusz Marciszuk
Ostatnia aktualizacja: 17.10.2017, godz. 15:08 - Ireneusz Marciszuk