Kapitał społeczny - dr hab. Ryszard Zajączkowski, prof. KUL

Doświadczenia krajów, którym udało się dokonać  spektakularnych skoków ekonomicznych wskazują, że istnieje jeszcze jeden czynnik, który można nazwać modnym obecnie określeniem  „kapitał społeczny”. Pojęcie to wymyślili socjologowie Pierre Bourdieu i James Coleman, aby ekonomiści dowartościowali dla rozwoju gospodarczego także  jakości relacji między ludźmi. Człowieka nie można bowiem zaprogramować, a używanie go jako systemu sterowanego zewnętrznie jest wielkim marnotrawstwem. Dlatego to,  co nazywa się podmiotowością pracy, wolnością, partycypacją w zarządzaniu, staje się możliwe, gdy powstaną odpowiednie warunki w systemie relacji międzyludzkich. Szczególne zasługi w tej dziedzinie ma Elton Mayo, który dokonał przewrotu kopernikańskiego w teorii zarządzania, dostrzegając, że wbrew materialistycznemu przekonaniu człowiek nie działa jak maszyna. Mayo stworzył podstawy nowej teorii zarządzania zwanej human relations. Jego zdaniem rozwój kapitalizmu przebiega w ten sposób, że w pierwszej fazie decydujący był kapitał materialny (maszyny, pieniądze, budynki), a praca robotnika była prosta i mechaniczna.  W drugiej fazie decydującą rolę pełnił kapitał ludzki (wiedza,  zdolności, doświadczenie). Nie mając funduszy, ale kompetentnych ludzi można odbudować bazę materialną.  W trzeciej fazie, do której się zbliżamy, najistotniejszy będzie kapitał społeczny. Rozwój technologii i zmiany globalistyczne wymagają  wykorzystania zdolności pojedynczego pracownika, czego jednak nie da się zrobić bez dobrych relacji pracowniczych, a więc silnego kapitału społecznego. Przyszłość  gospodarki zależy więc nie tylko od parametrów stricte materialnych czy wiedzy pracowników, ale przede wszystkim od kultury ekonomicznej,  w której wiedza będzie efektywnie wykorzystywana.  Mające wszystko wyjaśnić pojęcie homo oeconomicus zostało już zdeaktualizowane. Sukcesy biorą się z zarządzania przez wartości. Ambitne firmy tworzą kodeksy etyczne i wdrażają oparte na nich kultury organizacyjne.  Skazane na niepowodzenie są więc próby budowania nowej kultury organizacyjnej w oparciu o z góry przygotowany plan, który jest pracownikom jedynie komunikowany.

Od czasów encykliki Rerum novarum Leona XIII Kościół katolicki rozwija wyobraźnię społeczną swoich wyznawców w kierunku oparcia życia publicznego i gospodarczego na zasadach personalistycznych. Oznacza to podmiotowość obywatela i pracownika, oddolne budowanie struktur w oparciu o zasadę pomocniczości i pielęgnowanie dialogu w celu budowania wspólnej przyszłości oraz podejmowania trafnych decyzji. Liberalizm i kolektywizm – dwa materialistyczne paradygmaty, które dominowały wraz z rozwojem industrializacji, nie są już w stanie sprostać nowym wyzwaniom.  Zmiany technologiczne i globalizacyjne wymagają dziś podejmowania trafnych decyzji. Bez kapitału społecznego jest to jednak niemożliwe. Wspólna analiza i ocena pozwala bowiem lepiej zbadać problem i uniknąć błędów. Przezwyciężyć spuściznę instytucji industrialnych można tylko przez nakierowany na przyszłość dialog. Warunkiem zbudowania przyszłości, która  poradzi sobie z nadciągającą zapaścią gospodarczą będącą m.in. efektem procesów demograficznych, jest stworzenie na różnych poziomach kultury organizacyjnej opartej  na podmiotowości i solidarności członków określonych wspólnot. Na tym właśnie polega kapitał społeczny. Nietrudno zauważyć, że jego korzenie tkwią w Ewangelii.  

Jakie przełożenie mają powyższe uwagi na rzeczywistość uczelni? Nie jest ona instytucją produkcyjną, niemniej wyzwolenie kapitału społecznego jest jej bardzo potrzebne. Praca naukowa wymaga skupienia i samotności. Coraz częściej jednak widać, że nie może się obyć również bez szeroko pojętej aktywności i współpracy. Przerosty indywidualizmu są szkodliwe dla wyników prac naukowych i spraw pracowniczych. Jak przełamać ten stan inercji? Być może na początek dobrym sposobem jest poszukiwanie możliwości współdziałania w małej skali, wokół spraw które budzą w jakimś stopniu wspólne zainteresowanie.  Potencjał ludzi związanych z uczelnią jest często bardzo duży, ale słabo wykorzystany. Warto zacząć od czegoś małego i być aktywnym. To pokaże i umożliwi następny krok. Bierność i obawa to źli doradcy. Teoretycznie to wiemy, ale w praktyce hołdujemy  własnemu komfortowi. Może warto coś zmienić? Może bierna i asekurancka  postawa została  wpojona przez  miniony system, wychowanie, stronnicze media etc.? Co by się stało, gdyby z nią zerwać? Czy przyjęty styl życia musi być najlepszy? Co daje on poza względnym bezpieczeństwem i „świętym spokojem”?  Może warto otworzyć się na to co nowe i nieprzewidziane; co nie było dotychczas w horyzoncie możliwości i oczekiwań, choćby z tej racji że wymagało porzucenia luksusowej strefy indywidualizmu? Jak widać pojawia się wiele pytań, których nie należy zostawiać bez odpowiedzi. Problem powinien niepokoić. Sposób wyjścia z wygodnego obszaru, to zadanie dla każdego z osobna, ale połączone z szukaniem innych, z którymi warto współdziałać. Sporą część swego życia spędziłem w różnych zespołach. Mimo to wyrzucam sobie, że niekiedy nie byłem dość aktywny. Gdybym jednak nie pozbył się bierności, moje życie byłoby znacznie uboższe. Związek zawodowy i różne formy zrzeszeń, tzw. struktur poziomych,  są możliwymi formami współpracy. Jeśli nie zadowalają, być może trzeba je ulepszyć lub na miarę potrzeb i możliwości stworzyć nowe o ile będą lepsze, bardziej efektywne, lepiej służące projektowanym celom. W każdym razie zadanie wyjścia z indywidualnej strefy komfortu (egoistycznego „snu o potędze”) ku solidarności i współpracy jest tyleż trudne co konieczne. Zwłaszcza dla ludzi związanych z uczelnią.     

                                                           dr hab. Ryszard Zajączkowski, prof. KUL

               


WSPÓŁPRACA

ikona
ikona
ikona
ikona
ikona
ikona